USA 2008 - wybory prezydenckie w Ameryce. Demokraci i Republikanie. Kandydaci: Barack Obama i John McCain. Informacje, analizy, newsy. Kampania, prawybory, wybory w Ameryce.
Blog > Komentarze do wpisu
GRANICE PŁCI, GRANICE RASY - WYWIAD Z AGNIESZKĄ GRAFF (I)

Kolejnym gościem bloga jest doktor Agnieszka Graff z Ośrodka Studiów Amerykańskich UW, znana specjalistka w zakresie feminizmu i gender studies, która specjalnie dla nas zgodziła się udzielić wywiadu na temat znaczenia płci i rasy w obecnej kampanii, seksizmu i mizoginii w amerykańskim społeczeństwie, a także przyczyn, dla których Hillary Clinton przegra z Barackiem Obamą. Z uwagi na ograniczenia engine'u bloga, rozmowa została podzielona na dwie części. Zapraszamy do lektury!

 

MACIEJ JÓZEFOWICZ: Będziemy rozmawiać o roli kobiet w tej kampanii, a konkretnie o roli jednej kobiety – Hillary Clinton. Jak pani sądzi, dlaczego Hillary jest tak nielubiana? Co prawda, ma ona elektorat pozytywny, który ją ceni za doświadczenie i kompetencję, ale posiada także bardzo duży elektorat negatywny. Clinton jest zarówno bardzo kochana, jak i bardzo nienawidzona, w przeciwieństwie do Baracka Obamy, który jest tylko bardzo kochany. Jak pani myśli, dlaczego tak się dzieje?

AGNIESZKA GRAFF: Dobrze, że pan pyta o Baracka Obamę, bo myślę, że nie da się rozmawiać o Hillary Clinton w oderwaniu od kontrkandydata Demokratów. Uważam, że oprócz istotnych różnic politycznych rozgrywa się między nimi pewna kulturowa, rytualna walka – to walka między płcią a rasą. Od wielu dekad na ten temat w Stanach się debatuje – mniej więcej od czasow końca wojny secesyjnej, kiedy czarni mężczyźni (ale nie kobiety) otrzymali prawa wyborcze, ku rozgoryczeniu wielu sufrażystek. Chodzi mi o temat „seksizm i rasizm”: co jest gorsze, silniejsze, kto jest silniej dyskryminowany. I rytualne pytanie: czy szybciej nadejdzie chwila, kiedy prezydentem Stanów Zjednoczonych będzie mógł zostać czarny, w domyśle mężczyzna, czy też kobieta, w domyśle biała. Ten rytuał się właśnie rozgrywa na naszych oczach. Nie da się więc płci i rasy rozpatrywać osobno.

Agnieszka Graff

 

Foto: Bernard Osser.

Niechęć wobec pani Clinton rzeczywiście istnieje. Moim zdaniem spowoduje ona, że Hillary Clinton nie będzie ostatecznie kandydatem Demokratów. Można tu oczywiście wyczuć wpływ tego negatywnego elektoratu, o którym pan wspomniał. Ale to jest coś więcej niż negatywny elektorat. To jest zjawisko, które kulturoznawca i filozof kultury, Stanley Fish nazwał w swoim niedawnym artykule Hillary-hating. On uważa, że to jest pewien kulturowy rytuał, coś co się dzieje bezrefleksyjnie w mediach, w Internecie, w popkulturze. Istnieje przyzwolenie na, ujmijmy to wprost, walenie w Hillary jak w bęben. Tutaj nakładają się dwa typy emocji. Jeden, o którym Fish pisze dosyć wyczerpująco, jest związany z nienawiścią do Clintonów, jako do przedstawicieli establishmentu waszyngtońskiego, tego, z czym Ameryka chce się pożegnać, kiedy mówi o zmianie. Bo właśnie „zmiana” jest słowem używane najczęściej w tej kampanii.

MJ: Zwłaszcza po stronie Obamy.

AG: Tak, ale również po stronie Clinton i po stronie McCaina. Amerykanie mają dość Busha i te wybory będą przede wszystkim antybushowskie z każdej strony, dlatego słowo „change”, które może znaczyć wszystko, jest bardzo często przywoływane. I Hillary jest właśnie w tym kontekście piętnowana za rozmaite niejasności finansowe związane z jej przeszłością, rozlicza się ją niemalże za skandal z Monicą Lewinsky i za rozmaite słabości męża. Szczerze mówiąc, nie bardzo rozumiem, na czym to polega, ale rzeczywiście jest tak, że dla konserwatystów Clintonowie są uosobieniem wszelkiego zła. To jest o tyle paradoksalne, że Obama jest politycznie bardziej na lewo od Clinton. Tymczasem z badań, dosyć szeroko komentowanych, wynika, że znaczna grupa republikanów, w tym zarejestrowanych republikanów głosujących od zawsze na Partię Republikańską, jest gotowa przerzucić się na Obamę. Ci ludzie natomiast nigdy by nie zagłosowali na Clinton, która ideowo jest im w gruncie rzeczy bliższa. Czyli tak zwani „swing-voters”, a nawet pragnący zmiany republikanie są skłonni zawierzyć Obamie, który jest właśnie bardziej na lewo. To jest dziwaczne, ale tak jest. Obama ma jakiś wdzięk, który ich przyciąga – może chodzi o to że okazuje konserwatystom szacunek.

MJ: A ten drugi powód?

AG: Drugi powód to silny element mizoginii. To jest takie słowo-tabu, którego np. Fish nie użył.

MJ: Czyli Clinton jest kobietą i przez to jest zła?

AG: Niezupełnie. Clinton jest kobietą, która nie całkiem odpowiada stereotypowi kobiecości, kobietą, która, jak się jej zarzuca, chce być męska. Przykładem są te słynne ciasteczka, których ona nie wypieka. Ale z drugiej strony też się ją karze za to, że jest za bardzo kobieca. To jest ten opisywany od wielu lat paradoks: kobieta, która aspiruje do władzy, obrywa zawsze za to, że jest kobietą, bo kobiety jak wiadomo nie nadają się do rządzenia, a z drugiej strony obrywa za to, że jest za mało kobieca, bo chce władzy. Nie ma więc szans wygrania z tym stereotypem. Kobietę-polityka karze się jednocześnie za nadmiar i za niedobór kobiecości, to jest klasyczne „no win scenario”.

Sporo wiem o amerykańskim seksizmie, ale ataki przeciwko Clinton przybierają formy dla mnie szokujące. Nie sądziłam, że w kulturze amerykańskiej po fali feminizmu jest przyzwolenie na taki poziom otwartej, brutalnej, wulgarnej mizoginii. W listopadzie zeszłego roku, zapytano publicznie McCain’a: „jak pokonamy tę sukę?”. A on roześmiał się, a potem przyznał, że to jest świetne pytanie. Wyobraźmy sobie sytuację analogiczną z Obamą. To by brzmiało „jak pokonamy tego czarnucha?”, z użyciem tego „n-word”. Po polsku jeszcze można to od biedy powiedzieć, po angielsku już nie.

MJ: I to byłby koniec McCaina.

AG: Tak, to byłby koniec McCaina i koniec całej kampanii w ogóle, bo byłoby wiadomo, że Obama już wygrał. Po prostu każdy, kto by w takiej sytuacji nie zagłosował na Obamę, byłby rasistą. Co nie znaczy oczywiście, że w Stanach jest seksizm, ale nie ma rasizmu. Rasizm istnieje nadal, tylko w sposób o wiele bardziej ukryty. Faktycznie można o Hillary powiedzieć „suka” (bitch), a nie można powiedzieć o Obamie „czarnuch” (n…r). Jednak okazuje się - było to widać w rozmaitych wcześniejszych prawyborach - że znaczna grupa ludzi twierdzi, że zagłosuje na Obamę, a potem głosuje na kogoś innego. To jest sytuacja przypominająca paradoks z polskich wyborów: pytani przez ankieterów, ludzie twierdzą, że nigdy by nie zagłosowali na LPR, a potem głosują, i stąd mieliśmy w Sejmie LPR i Samoobronę. Po stronie liberalnej można znaleźć pesymistów, którzy uważają, że podczas gdy my się spieramy, czy gorszy jest seksizm, czy rasizm oraz czy Clinton jest lepsza od Obamy czy na odwrót, to tymczasem wygra McCain, ponieważ, when push comes to shove, okaże się, że czarny mężczyzna jest nieobieralny. Ale mam nadzieję, że oni się mylą i że jednak te wybory będą przełomowe.

Mam tutaj kilka przykładów tej „Hillary-hating”. Powołam się na tekst, który piszę wspólnie z doktor Małgorzatą Durską, socjolożką z Ośrodka – to jej przykłady. Doskonale się sprzedają jawnie obelżywe i wulgarne napisy pod adresem Clinton nadrukowane na koszulkach. Głoszą one takie rewelacje jak „Szkoda, że O.J. Simpson nie ożenił się z Hillary” albo, co sama widziałam w Internecie „Life is a bitch so don’t vote for one”. To słowo „suka”, które znowu tu widzimy, ma niesłychaną moc oddziaływania. Pojawiły się też w prasie karykatury Hillary Clinton jako czarownicy. Odpowiednikiem byłaby pewnie karykatura Obamy jako niewolnika…

MJ: Albo Obamy zlinczowanego przez Ku Klux Klan?

AG: Tak, dokładnie. Ten poziom brutalności jest rzeczywiście niespotykany w dyskusji o kwestii rasowej. Ale można się spierać, która z przyczyn jest tu dominująca: czy to, że Hillary jest kobietą, czy że kobieta startująca w tych wyborach nazywa się Clinton.

 

Ciąg dalszy nastąpi.

 

piątek, 07 marca 2008, usa2008

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: edesma, 80.54.0.15*
2008/03/07 12:37:20
swietny artykul .... duzo prawdy w tym jest

O NAS

Kontakt/Współpraca


Creative Commons License
Teksty są dostępne
na licencji Creative Commons
Uznanie autorstwa 2.5 Polska
.

Tłumacz z nami
WE the Media (2004) -
słynny manifest dziennikarstwa obywatelskiego Dana Gillmora.
Maciej Lewandowski






Powered By
widgetmate.com
Sponsored By
Digital Camera