USA 2008 - wybory prezydenckie w Ameryce. Demokraci i Republikanie. Kandydaci: Barack Obama i John McCain. Informacje, analizy, newsy. Kampania, prawybory, wybory w Ameryce.
sobota, 31 stycznia 2009
BIEŻĄCE PROBLEMY OBAMY

Pośród wielu decyzji, jakie zdążył podjąć już Barack Obama była m.in. autoryzacja nalotów bezzałogowych Predatorów na cele Talibów po pakistańskiej stronie granicy, o co Pakistan ma coraz większe pretensje (zapewne werbalne, gdyż po cichu przynajmniej ściska kciuki za powodzenie Predatorów).

W tej chwili uwagę nowego prezydenta skupia głównie kryzys gospodarczy, który każdego dnia zjada dziesiątki tysięcy amerykańskich miejsc pracy. Na Kapitolu trwają gorączkowe przygotowania gigantycznego planu pobudzającego gospodarkę, być może sięgającego nawet 900 miliardów dolarów. Demokratyczna większość w Kongresie, nad czym boleje na łamach New York Timesa David Brooks, wrzuca do planu rozmaite wydatki, w tej chwili absolutnie zbędne. Zdaniem Brooksa obecna propozycja tzw. stimulus package próbując rozwiązać wszystkie problemy na raz, żadnego z nich nie rozwiązuje dobrze.

Barack Obama
 
Nowy prezydent nie ma jednak komfortu Franklina Delano Roosevelta i nie może zająć się wyłącznie porządkowaniem własnego podwórka. Obama musi działać na wielu frontach jednocześnie. Do Davos nie pojechał, ale udzielił wywiadu telewizji al-Arabiya. Zostało to odebrane pozytywnie, jako próba wykorzystania ogromnego kapitału politycznego do poprawienia wizerunku Ameryki w oczach świata islamskiego. Jednak na Obamę nie leje się tylko lukier i za słowa wypowiedziane w al-Arabiyi spotkała go krytyka ze strony komentatora Washington Post Charlesa Krauthammera.

Publicysta krytycznie ocenia propozycję nowego otwarcia, opartego na wspólnych interesach i wzajemnym zrozumieniu oraz przywrócenia (...) szacunku i partnerstwa, łączących Amerykę ze światem islamu 20, 30 lat temu. Zadziwiające - pisze Krauthammer - w ciągu tych ostatnich dwudziestu lat - w okresie domniemanego ochłodzenia naszych stosunków i lekceważenia świata islamu - Ameryka nie tylko szanowała muzułmanów, ale wykrwawiała się za nich. Krauthammer przypomina zaangażowanie Stanów Zjednoczonych w pięć militarnych kampanii we wskazanym przez Obamę czasie, spośród których każda była związana - i prowadziła do - wyzwolenia wyznawców Allaha: Bośnia, Kosowo, Kuwejt, Afganistan i Irak.

Ameryka interweniowała także w Somalii, próbując pomóc głodującym mieszkańcom tego kraju. W ciągu ostatnich dwudziestu lat ten naród [Amerykanie - przyp. PW] zrobił dla cierpiących i uciskanych muzułmanów więcej niż jakikolwiek inny naród, muzułmański bądź nie-muzułmański, na świecie - pisze Krauthammer. Dlaczego więc przepraszamy? - pyta, adresując swoje uwagi do prezydenta Obamy. Pogląd Krauthammera jest mocno konserwatywny, jednak ma on sporo racji. Zwłaszcza europejskie interwencje - Bośnia i Kosowo - są dla Amerykanów powodem do dumy. Podobnie mogło być w Somalii, ale po rajdzie na Mogadiszu wycofali się oni z podkulonym ogonem.

Komentator Washington Post obawia się, że miękkość Obamy zostanie wykorzystana przeciwko niemu. Swój interesujący artykuł zamyka stwierdzeniem prezydenta Iranu Mahmuda Ahmadineżada, według którego poprawa stosunków ze Stanami Zjednoczonymi jest możliwa, jeśli Amerykanie przeproszą za 60 lat zbrodni i przestępstw przeciwko Iranowi. Trochę na zasadzie "podaj dłoń, a wezmą całą rękę".

Tym samym płynnie przechodzimy do Iranu, który stanowi dla Białego Domu twardy orzech do zgryzienia. Jerusalem Post cytuje słowa rzecznika Obamy, Roberta Gibbsa, który zapewnia, że: prezydent nie zmienił zdania i uważa, że powinien zachować wszystkie opcje. Tłumacząc z polskiego na nasze, opcja militarna nadal jest na stole i Obama nie zamierza z niej rezygnować. Ktoś pamięta jeszcze krytykę spływającą na Busha, gdy ten mówił o opcji militarnej i nie chciał jej wykluczyć? To było be. Teraz Obama nie wyklucza ataku na Iran, i na razie jest cacy. Ale to tak na marginesie, gdyż warto mieć wiele opcji, w tym ostateczną, gotowe do realizacji.

Tymczasem, na co zwraca uwagę Guardian, postępowanie nowej administracji, a Obamy w szczególności, powoduje napięcia wewnątrz irańskiego kierownictwa. Część establishmentu w Teheranie jest gotowa odmrażać stosunki z Ameryką, część nadal jest nieprzejednana i odrzuca taką możliwość.Warto również zwrócić uwagę na artykuł Sama Gardinera w Asia Times, w którym wskazuje na próbę zacieśnienia przez Rosję więzi z Iranem. W Moskwie mówi się o strategicznym partnerstwie, a wszystko kręci się wokół gazu ziemnego. Kreml dobrze wie, że Iran jest główną alternatywą dla Europy, jeśli ta chce uniezależnić się od rosyjskich dostaw błękitnego paliwa. Trzeba więc zdusić taką możliwość w zarodku.

Rosjanie wspierają irański program atomowy, budując elektrownię jądrową w Bushehr i dostarczając do niej paliwo, a także sprzedają Iranowi zaawansowane uzbrojenie, m.in. rakietowy system obrony powietrznej S-300. Irańczycy nie są jednak w ciemię bici i ostrożnie patrzą na rosyjskie plany. Teheran ma własne ambicje i, na co słusznie zwraca uwagę Gardiner, chce zbudować własną silną pozycję, a nie być cieniem Rosji.

Gardiner zwraca uwagę na jeszcze jedną bardzo istotną kwestię - przygotowywaną rosyjską narodową strategię bezpieczeństwa, która ma być przyjęta pod koniec lutego br. Dokument, bez wskazywania Ameryki z imienia wyraźnie pokazuje, że to właśnie Stany Zjednoczone będą głównym przeciwnikiem Rosji w najbliższej dekadzie. Zdaniem rosyjskich planistów, dekada ta upłynie pod znakiem walki o surowce energetyczne, a w regionie Bliskiego Wschodu i Azji Centralnej może wywołać konflikt militarny. Jak można się domyślać, także konflikt między Stanami Zjednoczonymi a Rosją.

Relacje z Rosją i Iranem są dla Ameryki bardzo istotne. Obama musi znaleźć sposób na rozbicie cichego sojuszu Moskwy z Teheranem, spróbować odmrozić stosunki irańsko-amerykańskie oraz, ale o tym już wielokrotnie wcześniej pisałem, doprowadzić do rozwiązania konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Bardzo osłabi to pozycję Iranu w regionie, co może ułatwić Obamie zadanie wymienione jako drugie w powyższym wyliczeniu. Z najbardziej palących spraw jest jeszcze Afganistan i Pakistan, który jest państwem w dużej mierze wirtualnym. Trudno uwierzyć, aby poprawa sytuacji w Afganistanie była możliwa bez naprawy sytuacji w Pakistanie, ale Stany Zjednoczone nie mają wyjścia.

Change we can believe in - nawet jeśli nie wierzymy, Obama wierzyć musi. I musi działać.

 

Piotr Wołejko

autor Dyplomacji - blogu o polityce międzynarodowej

 

piątek, 30 stycznia 2009
DLACZEGO OBAMA WYCOFA WOJSKA Z IRAKU? - część II
Powie ktoś - no dobrze - ograniczono ofiary cywilne, ofiary wojskowe, spada ilość ataków na wojska koalicji i infrastrukturę rządową, ale przecież największym zagrożeniem dla Iraku jest jego niestabilność etniczna i wyznaniowa. Czy gdy Amerykanie z Iraku wyjdą nie nastąpi rozpad państwa na 2 lub trzy składowe? I tu niespodzianka, gdyż jeśli chodzi o przemoc na tym tle dane są jeszcze bardziej optymistyczne. Gdy porównamy ilość ofiar nienawiści etnicznej i religijnej okaże się, że najwięcej, prawie 2100 było zabitych w grudniu 2006 r. Między czerwcem 2006 a czerwcem 2007 ich ilość ani razu nie spadła poniżej liczby 1000 miesięcznie. Ile jest teraz? Dane za okres od maja do czerwca 2008 wskazują iż... najwyżej kilkanaście miesięcznie. Oznacza to praktyczną eliminację wzajemnych aktów wrogości, co częściowo na pewno wynika z konieczności skoncentrowania się rebeliantów na walce z siłami koalicji i rządu irackiego, jednak pokazuje w praktyce jak wiele udało się osiągnąć Amerykanom, nawet uwzględniając tylko rok zeszły (wyjątkowo spokojny) spadek wynosi 96%. Przez cały rok 2008 liczba ofiar nie wzrosła ponad 200 miesięcznie. W Bagdadzie ostatni raz było tak spokojnie na początku roku 2004.
 
Irak
Co na to ludność? Ludność to dostrzega co widać w stopniowej zmianie nastrojów na korzyść koalicji, a zwłaszcza nowych władz irackich. Według danych za sierpień 2008 73% Irakijczyków postrzegało swoją najbliższą okolicę jako spokojną, 48% stwierdzało, że spokojna jest cała prowincja, a 21% że cały kraj. Jednocześnie 91% uważało, ze sytuacja bezpieczeństwa się nie pogorszyła lub że się poprawiła (79% dla całego Iraku), 37% postrzegało podróżowanie jako bezpieczne. 65% czuło się bezpieczniej, gdy są w pobliżu były siły irackie, 41% postrzegało rząd iracki jako efektywną władzę zaś 44% uznawało Irak za ustabilizowany (16% wzrost w porównaniu z listopadem 2007). Dodatkowo 68% obstawiało zwycięstwo armii irackiej w walce z terrorystami, a 58% uznawało, ze policja zwalczy przestępczość. Wysokim zaufaniem armię i policję iracką darzyło odpowiednio 85 i 81% badanych. Zaufanie do sił międzynarodowych miało 24%, do grup zbrojnych i milicji zaś zaledwie 11%.

Biorąc pod uwagę fakt, że ciągle rośnie liczebność armii irackiej i irackiej policji, ciągle szkoli się nowe oddziały, wyposaża w sprzęt itd. jasnym jest, że zarówno zaufanie jak i możliwości operacyjne tych sił będą sukcesywnie wzrastać. Gdy połączy się to z małym zaufaniem dla wojsk koalicji i zdecydowaną poprawą bezpieczeństwa w całym Iraku jasnym staje się powoli dla każdego logicznie myślącego człowieka, że jedynym sensownym ruchem w tej sytuacji będzie właśnie to co zamierza przeprowadzić Obama. Już teraz można zaryzykować stwierdzenie, że Amerykanom udało się częściowo wygrać wojnę w Iraku, gdyż do pewnego stopnia osiągnięto cele strategiczne. Jeśli w miejsce dotychczasowych sił amerykańskich wprowadzi się siły irackie (w tym również siły antyterrorystyczne, których ma być 5,4 tysiąca oraz CSWAT - kolejne 3 tysiące ludzi) jasnym stanie się, że liczba ataków na wojska amerykańskiej jeszcze bardziej spadnie, gdyż przestaną one być postrzegane jako okupant. Dużo jaśniejsze staną się amerykańskie intencje zaś sama walka utraci sens. Jeśli siły irackie zaopatrzy się odpowiednio w sprzęt i wyszkoli się ludzi zdolnych do jego obsługi to sytuacja bezpieczeństwa dojrzeje do tego, aby przekazać większość odpowiedzialności za Irak samym Irakijczykom. Już teraz szykowane są ogromne kontrakty mające wyposażyć siły irackie we wszystko, co jest im niezbędne, co w znacznej części odbywać się będzie nieodpłatnie.

Reasumując - wycofanie USA z Iraku nie tylko jest możliwe, ale w obecnej sytuacji jest jedynym możliwym rozwiązaniem. Nie stworzy to próżni bezpieczeństwa, nie doprowadzi do rozniesienia Iraku przez wewnętrzne antagonizmy, nie należy się też tego obawiać. Ta wojna pochłonęła już dosyć ofiar, sił i środków aby ją kontynuować, zwłaszcza że wsparcia potrzebuje zarówno gospodarka w recesji jak również siły amerykańskie w Afganistanie, gdzie sytuacja jest dużo mniej stabilna. W tej sytuacji Obama nie tylko może wywiązać się ze swych przedwyborczych obietnic, ale na dodatek nic nie stoi na przeszkodzie aby z Iraku wycofać się z twarzą i bez wywoływania niepotrzebnych napięć na całym Bliskim Wschodzie. Jeśli do wycofania wojsk prezydent elekt dorzuci trafne decyzje antykryzysowe, to niewątpliwie będzie miał ogromne szanse przedłużyć swe rządy w Białym Domu o jeszcze jedną kadencję.

Osoby szczególnie zainteresowane sytuacją w Iraku odsyłam do raportów Departamentu Obrony USA, zwłaszcza zaś do szczegółowego raportu z września 2008 opracowanego na potrzeby Kongresu USA.

Paweł Adamiec
 
czwartek, 29 stycznia 2009
DLACZEGO OBAMA WYCOFA WOJSKA Z IRAKU? - część I
Kiedy niedługo po zwycięstwie Obamy w wyborach prezydenckich zastanawiałem się, jaka może być realnie jego polityka, wielu akcentowało fakt, iż mój optymizm dotyczący obietnic prezydenta elekta w sprawie wycofania się z Iraku może być przedwczesny. W tekście tym postaram się lekko odgrzać irackiego kotleta, który ostatnimi czasy znikł z pola bacznej uwagi obserwatorów zastąpiony przez święta, problemy w Gazie, "wojnę" gazową itp. Do zapoznania się z tekstem zachęcam szczególnie tych, którym wydaje się, iż sytuacja w Iraku jest patowa. Mogą dość się jeszcze zdziwić.

Okazuje się, że uwadze komentatorów umknęło co nieco, a mianowicie nie odnotowali faktu, iż przez ostatni rok sytuacja w Iraku zmieniła się zdecydowanie na korzyść sił koalicji. Mówiąc wprost - USA są na najlepszej drodze, aby wygrać wojnę w Iraku, a decyzja o wycofaniu wojsk nie jest abstrakcją, lecz naturalną konsekwencją procesu stabilizacji, który w Iraku ostatnio nabrał konkretnego tempa. Widać to przede wszystkim, gdy przyjrzymy się danym dotyczącym poziomu bezpieczeństwa.

Irak
Dwóch mężczyzn czeka na przyjęcie w szeregi irackiej policji. Faludża czerwiec 2007

Prawda jest taka, że pod koniec roku 2008 jeśli chodzi o liczbę incydentów godzących w bezpieczeństwo, sytuacja powróciła do stanu z okresu zaraz po interwencji wojsk koalicyjnych, czyli jest najlepsza od ponad czterech lat. Według danych za wrzesień 2008 średnio notowano niewiele ponad dwieście incydentów tygodniowo, dla porównania - gdy sytuacja była szczególnie zaogniona w pierwszej połowie roku 2007 tygodniowo notowano podobnych incydentów średnio 1300, do prawie 1600 w czerwcu 2007. Dane powyższe uwzględniają cztery składowe. Po pierwsze ilość ataków przeciwko infrastrukturze i rządowi irackiemu, po drugie ilość znalezionych i zdetonowanych ładunków wybuchowych, min pułapek etc. po trzecie wszelkie małe ataki zbrojne na wojska koalicyjne, czyli np. ostrzał snajperski, ataki z zasadzek na konwoje itp. no i po czwarte ataki moździerzowe i za pomocą rakiet.

Gdy przyjrzymy się tym danym okazuje się, że w każdym okresie lwia część incydentów przypadała na kategorię drugą czyli miny i ładunki wybuchowe, jednak widać tutaj znaczny postęp. Dane jasno wskazują, że dotychczas realizowana polityka okazała się skuteczna na tyle, że Obama faktycznie będzie mógł myśleć o wycofaniu wojsk pozostawiając Irak w rękach samych Irakijczyków. Ciągle duża ilość min i ładunków wybuchowych to z jednej strony efekt wojny, z drugiej zaś skutek działalności grup terrorystycznych, jednak widać wyraźnie, iż siła tych ostatnich zmniejsza się dość sukcesywnie z miesiąca na miesiąc, zwłaszcza po marcowych ofensywach w Basrze i Sadr City. Okazuje się, że w chwili obecnej siły terrorystów znajdują się w odwrocie na pełnej linii. Terroryści zostali w znacznej części odcięci od zaopatrzenia, tracą zwolenników i możliwość skutecznego działania. Niezwykle kiedyś popularne bezpośrednie ataki na siły koalicyjne za pomocą rakiet, zasadzek i snajperów praktycznie już nie mają miejsca. Podczas gdy w pierwszej połowie roku 2007 dochodziło do około 200 ataków rakietowych i 400 małych ataków bezpośrednich tygodniowo, teraz jest to już zaledwie kilkanaście ataków. Pod tym względem sytuacja wygląda zdecydowanie lepiej niż kiedykolwiek od czasów początku interwencji.

Można oczywiście powiedzieć, że Irak w dalszym ciągu daleko ma do stabilizacji i jest to prawda, jednak poprawy sytuacji bezpieczeństwa nie sposób nie zauważyć skoro nagle w perspektywie półtorej roku widać redukcję możliwości operacyjnych rebeliantów o kilkaset procent. Czas na kolejne dane. Wielokrotnie pojawiały się zarzuty mówiące o tym, ze działania amerykańskie powodują ogromne straty wśród irackich cywili, cytowano też zupełnie absurdalne dane wliczające w straty ilość zmarłych np. z powodu chorób itd. co ogólnie windowało rzekome straty do wartości podawanych w setkach tysięcy ofiar. Jeśli zająć się tylko faktycznymi ofiarami cywilnymi, które przyniosła wojna na skutek działalności obu stron, to okaże się, że wraz ze spadkiem liczby ataków zdecydowanie spadła też liczba cywilnych ofiar i to niezależnie czy uwzględni się w zestawieniach dane koalicyjne czy też irackie.

Podczas gdy pod koniec roku 2006 i na początku 2007 źródła irackie mówiły o około 3,5-4 tysiącach ofiar miesięcznie (a źródła koalicji o odpowiednio 1,3-1,5 tysiąca), to według danych z końcówki roku 2008 miesięcznie ofiar cywilnych było około 500 (lub około 400 według danych koalicyjnych) miesięcznie. Widać tutaj dwie tendencje. Po pierwsze ilość ofiar cywilnych spadła o kilkaset procent, po drugie raporty zaczęły być coraz bardziej zbliżone - podobne wartości statystyki miały w styczniu roku 2006, przy czym wtedy widać było pikujący trend wzrostowy, a teraz widać co najmniej stabilizację.

Irak

Jak to możliwe? Stał się jakiś cud? Nie. Wreszcie uwidoczniła się bezwzględna przewaga amerykańska jeśli chodzi o zaopatrzenie, taktykę, sprzęt i logistykę operacji. Wyciągnięto też szereg konstruktywnych wniosków z dotychczasowych porażek przeprowadzając kilka zakrojonych na szeroką skalę operacji w najważniejszych ośrodkach oporu. W samym tylko Bagdadzie przechwycono z rąk rebeliantów 2000 rakiet i 7500 pocisków artyleryjskich i moździerzowych. Dawne magazyny broni armii irackiej z których garściami czerpali rebelianci teraz świecą pustkami. Umacnia się rząd i iracka armia, odbudowuje się administracja sami zaś Amerykanie wraz ze zmianą prezydenta zaczynają na poważnie myśleć o wycofaniu się do domu. Jednym słowem wszystko co mogło sprzysięgło się przeciwko ekstremistom godzącym w legalne irackie władze, tracą też oni poparcie wśród ludności, ponieważ ich działania powodowały ogromną ilość strat wśród cywili. Już teraz np. w kobiecych oddziałach irackiej policji większość (75%) stanowią wdowy ochotniczki po mężach policjantach zabitych w atakach.

Nie należy zapominać, że element wendetty (rozumianej teraz jako współpraca z legalnym rządem na pohybel ekstremistom) w zamian za śmierć najbliższych w tamtejszej kulturze nie wybiera i dotyczy tak ofiar powodowanych przez wojska koalicji jak i tych zabitych w wyniku działań rebeliantów. Tych drugich zawsze było więcej, zwłaszcza gdy porówna się dane zestawiające ilość ofiar cywilnych ze stratami powodowanymi przez rebelianckie ataki z dwóch powodów. Po pierwsze zawsze więcej niż żołnierzy koalicji ginęło funkcjonariuszy irackich. Oczywiście jasnym jest, że rebelianci postrzegali ich jako kolaborantów, jednak nie zmienia to faktu, że były to ofiary miejscowe mające rodziny gotowe ich pomścić. Podczas gdy w szczytowo nieprzyjaznym dla sił koalicji maju 2007 zginęło ponad 150 żołnierzy wojsk koalicyjnych, to w tym samym czasie zabito prawie 250 funkcjonariuszy sił irackich (a nie był to rekord, zdarzało się że miesięcznie ginęło ich ponad 300).

Paweł Adamiec

 

środa, 28 stycznia 2009
WIELKIE PIENIĄDZE ZA INAUGURACJĘ
Podczas gdy najważniejsze gałęzie światowej gospodarki pogrążone są w głębokim kryzysie, to – jak zauważa Socialistworker jedna z nich umiejscowiona w Waszyngtonie i produkująca towar pod nazwą Ceremonia inauguracyjna Baracka Obamy, wykazuje (w każdym razie wykazywała do 20 stycznia) ogromną tendencję wzrostową. Wpompowane w nią kilkadziesiąt milionów dolarów wywołuje szczere oburzenie nie tylko wśród zdecydowanie lewicowo nastawionej części społeczeństwa – głosy krytyczne pojawiają się od pewnego czasu ze wszystkich stron. Co prawda nawoływanie do całkowitej rezygnacji z wtorkowych igrzysk i przeznaczenia zgromadzonych pieniędzy np. na pomoc dla głodującej Afryki, wydaje się  propozycją nieco demagogiczną to jednak po człowieku, którego głównym hasłem kampanii była obietnica zmiany, można było spodziewać się innego rozpoczęcia okresu sprawowania rządów.

Krytyce poddawana jest nie tylko sama idea hucznych obchodów początku prezydentury, ale również – w dużo większym stopniu – sposób, w jaki gromadzone zostały fundusze na nią przeznaczone, a także kwestia finansowania całej przedwyborczej kampanii Obamy. Według raportu niezależnego instytutu amerykańskiego The Campaign Finance Institute  (co ciekawe, prawie niezauważonego przez mainstreamowe media) okazuje się, że procentowy udział osób wspierających jego kampanię kwotami poniżej 200 dolarów jest o wiele niższy, niż oficjalnie podawana przez sztab wyborczy liczba ponad 50% i – co chyba najważniejsze – niewiele różni się od podobnego wskaźnika dotyczącego finansowania drugiej kampanii wyborczej Georga W. Busha. Wniosek jest prosty: Obama miał takie samo wsparcie małych ofiarodawców, jak jego poprzednik – Bush. Change you can believe in?

dolary

Powszechnie twierdzi się, że głównymi winowajcami (a jednocześnie pierwszymi ofiarami) obecnego kryzysu są instytucje finansowe, głównie firmy z Wall Street. Nie przeszkodziło im to jednak, w każdym razie wielu członkom ich zarządów, w hojnym sponsorowaniu ceremonii inauguracyjnych nowego prezydenta. Jak podaje USA Today, ponad 7 milionów dolarów (czyli 1/5 całej zebranej sumy) pochodzi od ofiarodawców będących związanych z instytucjami finansowymi, ubezpieczeniowymi i rynkiem nieruchomości. Co więcej według analizy Washington Post wskutek legislacyjnych zabiegów sztabu Obamy, zakazujących przyjmowania dotacji od korporacji, lobbystów, związków zawodowych i firm prawniczych, głównymi sponsorami stali się  właściciele i członkowie zarządów wspomnianych instytucji (podczas gdy w poprzednich latach byli to raczej ich szeregowi pracownicy). Wśród najhojniejszych ofiarodawców wymieniani są między innymi dyrektorzy firm, które otrzymały wielomiliardową pomoc antykryzysową od rządu federalnego lub starają się o nią.

Zdaniem niezależnego Center for Responsive Politics, regulacje prawne zakazujące przyjmowania datków od korporacji są tylko kamuflażem. Sztab prezydencki, zezwalając na dotacje pochodzące od właścicieli firm i ich managementu  (wraz z rodzinami), de facto po raz kolejny udostępnił możliwość wykorzystania święta narodowego do korporacyjnej promocji i umocnienia swoich wpływów. Co prawda podczas uroczystości nie było widać reklam i znaków firmowych, jednak łatwo dało się zauważyć osoby jednoznacznie kojarzone z Microsoftem, Googlami, czy Citigroup. Jak pisze Sheila Krumholz, szefowa CRP: If history is any guide, these wealthy individuals, as well as the corporations and industries they represent, may more than recoup their investment in Obama through presidential appointments, favorable legislation and government contracts. (Jak uczy historia, te bogate osobistości, jak również korporacje przez nie reprezentowane, odbiją sobie z nawiązką inwestycję w Obamę – poprzez stanowiska państwowe, przychylną dla siebie legislację i kontrakty rządowe. tłum. M.L.). Podobne stanowisko tylko w dużo prostszych i dobitniejszych słowach wyraża cytowany przez Socialistworker, Charles Andrews: Corporate interests like these don't care about the making of history when an African American is sworn in as president--they're interested, as Andrews wrote, in "access to the Obama administration, a nice seat at the table." (Korporacje nie zawracają sobie głowy tym, że właśnie tworzy się historia – ich interesuje tylko “dostęp do administracji Obamy i dobre miejsce przy stole”. tłum. M.L.).

Pierwsze dowody tego, że dobrowolne datki traktować można jako kupowanie przywilejów, mieliśmy już podczas samej inauguracji. Podczas gdy lud świętował tłocząc się na oddalonym od głównej sceny National Mall, to najbogatsi dobroczyńcy – w zamian za kilkadziesiąt tysięcy dolarów – otrzymali miejsca siedzące w najbliższym otoczeniu prezydenta oraz możliwość uczestniczenia w różnego rodzaju balach, paradach, ceremoniach i przyjęciach. A to dopiero początek...

Maciej Lewandowski
 
 
poniedziałek, 26 stycznia 2009
OBAMA COFA DECYZJE BUSHA

Nie minął nawet tydzień, a nowy prezydent Stanów Zjednoczonych zdążył już kompletnie zmienić lub odwołać część decyzji swojego poprzednika.

Najgłośniejsza była czwartkowa decyzja Obamy o zamknięciu w ciągu roku więzienia na Guanatanamo, która spotkała się z życzliwym przyjęciem dyplomatów i obrońców praw człowieka na całym świecie. Dla poprzedniej administracji Guantanamo było niezbędnym elementem walki z terroryzmem. Obama postanowił zakończyć jego funkcjonowanie, bo w jego przekonaniu, jak i w przekonaniu wielu innych osób w kraju i za granicą, było sprzeczne z podstawowymi amerykańskimi wartościami i uderzało w wizerunek Ameryki.

Barack Obama

Następnego dnia nowy prezydent wznowił dofinansowywanie ONZ-wskich agend informujących o aborcji za granicą. Przepływ pieniędzy przez wiele lat blokowany był przez poprzednią głowę państwa. Poparł także prawo kobiet do przerywania ciąży.

Dziś natomiast Obama rozpoczął zmiany w polityce klimatycznej Stanów Zjednoczonych. W przeciwieństwie do swoich poprzedników obecna administracja zezwoliła stanom na ustanawianie własnych limitów stężenia dwutlenku węgla w powietrzu. Ale Obama przede wszystkim planuje podjąć działania na szczeblu federalnym: do marca Departament Transportu ma opracować normy zużycia paliwa, które obowiązywać będą w latach 2011-2015. W przeciwieństwie do George'a W. Busha nowy prezydent zamierza podporządkować się ustaleniom protokołu z Kioto.

 

KOMENTARZ

Niezależnie od tego jak bardzo Barack Obama krytykowany był za swoje hasło wyborcze zmiana faktem jest, że jego prezydentura jest realną zmianą w stosunku do kadencji George 'a W. Busha. Politykowi z Illinois zarzucano, że jego slogan wyborczy jest tylko chwytem marketingowym, który bazuje na nastrojach wyborców. Choć trudno jest zaprzeczyć tezie, że sztab Obamy idealnie wstrzelił się w stan emocjonalny społeczeństwa, to trudno zanegować to, że pierwsze decyzje nowego gabinetu świadczą o diametralnej zmianie polityki amerykańskiej w wielu dziedzinach. Pozostaje jedynie pytanie na jak długo nowej administracji starczy pary, by wprowadzać zmiany. Czy będą to reformy czy tylko lifting obliczony na zyskanie społecznego poparcia.

Ewa Dryjańska
 

 
 
PolitykaGlobalna.pl - portal o polityce międzynarodowej

Zapraszamy do nowego serwisu o polityce międzynarodowej - PolitykaGlobalna.pl

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5

O NAS

Kontakt/Współpraca


Creative Commons License
Teksty są dostępne
na licencji Creative Commons
Uznanie autorstwa 2.5 Polska
.

Tłumacz z nami
WE the Media (2004) -
słynny manifest dziennikarstwa obywatelskiego Dana Gillmora.
Maciej Lewandowski






Powered By
widgetmate.com
Sponsored By
Digital Camera