USA 2008 - wybory prezydenckie w Ameryce. Demokraci i Republikanie. Kandydaci: Barack Obama i John McCain. Informacje, analizy, newsy. Kampania, prawybory, wybory w Ameryce.
piątek, 30 listopada 2007
WIRTUALNE KAMPANIE: PRESIDENT FOREVER

Tytuł: President Forever
Wydawca: 80soft.com
Rok wydania: 2004

Blogi, w tym ten, zaliczane są do czegoś, co fachowcy nazywają Web 2.0. To wciąż dość nowy, bardzo ważny trend w rozwoju Internetu. Nie wystarczy już mieć ciekawą stronę czy świetny produkt. Trzeba umieć zbudować wokół nich tętniącą życiem społeczność. To właśnie wyróżnia grę President Forever na tle całej konkurencji. Oryginalny program zawiera zaledwie 4 scenariusze, pozwalające rozegrać kampanie wyborcze z lat 1960, 1992, 2000 oraz 2004. Ale dzięki pracy internautów, w ciągu 4 lat powstały bezpłatne dodatki obejmujące nie tylko wszystkie kampanie prezydenckie z całej historii USA, ale także wyścigi polityków z wielu innych krajów, a nawet zupełnie fantazyjne (np. wybory prezydenta Stanów Zjednoczonych Europy z udziałem czołowych polityków UE). Sami wydawcy gry poczuli w tym biznes i wydali płatne, jednak znacznie lepsze, bo odwzorowujące zróżnicowanie ordynacji wyborczych, wersje gry dla wyborów w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Kanadzie i Australii.

 


 

Konstrukcja gry opiera się na ogólnych zasadach wspólnych dla wszystkich takich symulacji. Stajemy na czele sztabu kandydata, który co rundę (1 dzień trwającej tu 6 tygodni kampanii) przemieszcza się ze stanu do stanu. I tu pierwszy duży plus. Zamiast standardowych 2 opcji spędzania tam czasu – przekonuj ludzi albo zbieraj pieniądze – mamy ich aż 5. Rzeczywiście możemy spotykać się ze sponsorami i patrzeć jak podpisują czeki, ale do dyspozycji mamy także możliwość doskonalenia siebie – przez trening przed debatą lub pogłębianie wiedzy merytorycznej. Gdy idzie o działania czysto agitacyjne, gra oferuje nam dwa warianty: podawanie rąk bez wdawania się w nadmierne szczegóły albo – choć to możemy uczynić tylko raz w odniesieniu do każdej kwestii - wygłoszenie przemówienia programowego w jednej z ważnych spraw będących przedmiotem debaty publicznej.

No właśnie, tematy kampanii. W każdym scenariuszu mamy nieco innych ich zestaw, odwzorowujący nastroje społeczne w danym momencie historii USA. Dodatkowo podzielone są one na 4 stopnie znaczenia dla elektoratu – od średnio ważnych do priorytetowych. Możemy sami zdefiniować poglądy naszego kandydata na każdy z nich (do wyboru po 5 wariantów) albo pozostać przy znanych z podręczników historii przekonaniach danego polityka. Ponadto wskazujemy 3 tematy, które będą osiami naszej kampanii. Nie muszą to być jednak kwestie merytoryczne, możemy także wyeksponować cnoty naszego kandydata, np. talent przywódczy. Gdy chcemy zabłysnąć wiedzą, każemy naszym doradcom prowadzić badania na dany temat. Ale jeśli wolimy zbieranie haków na konkurencję, zamiast w encyklopedię nasi eksperci chętnie zagłębią się w życiorys rywali.

Reklama dźwignią handlu, a w polityce dźwignią poparcia. Na każdy z tematów możemy wyprodukować spoty reklamowe – chwalące nas lub oczerniające konkurencje. Następnie wybieramy, w których stanach mają się pojawić. Kto nie lubi analizy rzędów cyfr z poparciem z 50 części kraju może zaufać kampanijnym strategom, którzy określą główne pola bitwy za nas. Do tego dochodzi jeszcze PR. Planując każde posunięcie przyszłego prezydenta, otrzymujemy procentowe prawdopodobieństwo pojawiania się informacji o nim w mediach. Gdy dziennikarze już podchwycą jakiś temat, możemy zlecić naszym specom umiejętne rozprzestrzenianie danego newsa, gdy jest na naszą korzyść, lub jego wyciszanie, jeśli jest wręcz przeciwnie.

„President Forever” to jeden z moich ulubionych symulatorów kampanii właśnie ze względu na mnogość dostępnych opcji. Powyżej opisałem tylko ich część, która wydała mi się najciekawsza. Jest ich jednak dużo więcej i pozwala to na wiele, wiele rozgrywek, w których za każdym razie będziemy mogli przyjąć nieco inną strategię.

 

Jarosław Błaszczak 

 

wtorek, 27 listopada 2007
RAPORT MNIEJSZOŚCI

W dniach 16-22 listopada na zaproszenie Ośrodka Studiów Amerykańskich UW w Polsce przebywał prof. Patrick Miller, wykładowca na Northeastern Illinois University w Chicago i kierownik tamtejszego wydziału historii. Profesor Miller w swojej pracy badawczej koncentruje się na historii walki o prawa obywatelskie, a także historii sportu w Ameryce, szczególnie w aspekcie udziału w nim mniejszości rasowych. Nasi niezmordowani reporterzy oczywiście byli na miejscu i przepytali profesora odnośnie zbliżającej się kampanii. O sporcie niestety nie będzie ani słowa.

 


MACIEJ JÓZEFOWICZ: Ameryka w coraz większym stopniu żyje nadchodzącą kampanią wyborczą. Co Pan sądzi o głównych kandydatach Demokratów, którzy wywodzą się z grup będących głównymi wygranymi walki o prawa obywatelskie? Czy ci kandydaci mają szansę zasiąść w Białym Domu?

PATRICK B. MILLER: Cóż, zarówno Barack Obama jak i Hillary Clinton to silni i kompetentni kandydaci i myślę, że Ameryka jest już gotowa na przywództwo kobiety czy Afroamerykanina - szkoda, że nie mogą wygrać oboje (śmiech). Obawiam się jednak, że jeśli wejdą w ostrą rywalizację między sobą, to mogą przez wzajemne wyniszczenie ułatwić sytuację kandydatowi Republikanów, który na pewno będzie białym mężczyzną. Ponadto, by mieć realne szanse na zwycięstwo, Clinton, a w szczególności Obama, muszą mieć wyraźną przewagę w sondażach nad przeciwnikiem. Wielu Amerykanów może popierać ich w sondażach, bo tak będzie wypadało, natomiast podczas głosowania, gdy nie będą czuli się skrępowani, mogą poprzeć kogoś innego. Stąd kandydat Demokratów będzie potrzebował 5-10% przewagi nad przeciwnikiem, by móc realnie marzyć o zwycięstwie.

Czy wystawienie takich kandydatów jest jednorazową akcją czy może to być początek długotrwałego trendu? Czy powinniśmy się spodziewać mniejszej ilości białych mężczyzn w kolejnych wyborach?

To zależy właśnie od wyniku wyborczego Obamy albo Clinton. Jeśli któreś z nich wygra, myślę, że zachęci kolejnych kandydatów z mniejszości znajdujących się do tej pory na marginesie wielkiej polityki. Natomiast, jeśli nie uda im się pokonać Republikanów, a w szczególności jeśli stanie się to wskutek ich walki między sobą, to może to zniechęcić mniejszości do angażowania się w politykę. W sumie jednak 50 lat temu nikt nie mógł przewidzieć startu takich kandydatów. Zobaczymy, co się stanie za następne 50 lat.

Jak Pan myśli, czy w kampanii wyborczej poruszana będzie kwestia praw obywatelskich?

Niewątpliwie tak, nie będą to jednak te kwestie, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Nie należy zapominać, że walka o prawa obywatelskie nie ogranicza się wyłącznie do równouprawnienia białych i Afroamerykanów. Obejmuje wiele innych kwestii, takich jak status w społeczeństwie amerykańskim latynoskich imigrantów czy muzułmanów. Spodziewam się, że właśnie te tematy, jako obecnie znaczące dla Amerykanów, będą widoczne w kampanii.

A kto według Pana wygra wybory?

Nie wiem. Nie wiem nawet, na kogo ja będę głosował.

Niniejszy wywiad rozpoczyna całą serię, w której będziemy przepytywać mniej lub bardziej znane osobistości związane z USA. Stay tuned.

poniedziałek, 26 listopada 2007
WOJNA NA GESTY, WOJNA NA SŁOWA

Gospodarka, głupcze czyli historia prawdopodobnie najsłynniejszego hasła wyborczego

W 1992 roku Bill Clinton wygrał wybory prezydenckie w USA i został czterdziestym drugim prezydentem Stanów Zjednoczonych. Bardzo pomocne, wręcz kluczowe w kampanii wyborczej okazało się chwytliwe hasło: „Gospodarka, głupcze” (oryginalnie: „The economy, stupid”).

 

James Carville

James Carville

 

Slogan wymyślony przez Jamesa Carville’a, konsultanta politycznego w ekipie Billa Clintona, pierwotnie nie miał być wykorzystany w kampanii. Został sporządzony na użytek wewnętrzny, jako jedna z trzech wskazówek dla sztabowców, którzy mieli pamiętać na jakie priorytety kładziony jest nacisk podczas kampanii prezydenckiej. W oryginale wskazówki te brzmiały następująco:

  1. Change vs. more of the same
  2. The economy, stupid
  3. Don't forget health care.

Hasło stało się jednak wizytówką kampanii Clintona. Tak dobitne i jednoznaczne opowiedzenie się za troską i stawianiem na rozwój gospodarki, która przechodziła wówczas przez fazę recesji niespodziewanie odwróciło losy kampanii, która z góry wydawała się przegrana. Clinton rozpoczynał bowiem wyścig do Białego Domu z bardzo małymi szansami na sukces: jeszcze na rok przed wyborami urzędujący prezydent, George Bush senior, cieszył się poparciem aż 80% obywateli, które zawdzięczał głównie prowadzonej przez siebie polityce zagranicznej (zakończenie zimnej wojny, I wojna w Zatoce Perskiej) i nic nie wskazywało na to, ani nikomu nie wydawało się, by mógł roztrwonić tak dużą przewagę.

 

 

Co ciekawe, George Bush senior poległ od broni, którą sam wojował cztery lata wcześniej. Niedotrzymanie słynnej obietnicy z 1988 roku "Read my lips: no new taxes", z której wycofał się w 1990 spowodowało duże kontrowersje nawet wśród najbardziej konserwatywnych republikanów. Najpierw przeciwko prezydentowi wykorzystywał je Pat Buchanan – rywal Busha w prawyborach republikanów, a potem - tym razem skutecznie - Bill Clinton.

Nasze podwórko

W październiku bieżącego roku Platforma Obywatelska wywiesiła na bilbordach całej Polski plakaty z hasłami „Polska zasługuje na cud gospodarczy”. Hasło, które jak nie trudno zauważyć jawnie odnosiło się do kampanii Billa Clintona sprzed piętnastu lat, razem z nawoływaniami, że z naszego kraju trzeba zrobić drugą Irlandię - pomogło Platformie wygrać wybory. Teraz jednak, koalicja rządząca musi robić wszystko (albo przynajmniej próbować), by ten cud zrealizować. Inaczej, jak uczy amerykański przykład, chwytliwy slogan przy następnych wyborach może obecnie rządzącym odbić się czkawką i być... główną przyczyną porażki w następnych wyborach.

Piotr Kobosko

Autor jest studentem V roku; pisze pracę magisterską na temat psychologii giełdy oraz zachowań inwestorów na rynkach finansowych.

piątek, 23 listopada 2007
FAHRENHEIT 9/11

Podstawowym narzędziem pracy polityka jest jego wizerunek. Obraz widziany przez społeczeństwo, jakkolwiek daleki nie byłby od prawdy, jest jednym z podstawowych kryteriów oceny osoby publicznej jaką niewątpliwie jest kandydat na przywódcę narodu. Przemyślana i konsekwentna kreacja tego obrazu jest zaś najskuteczniejszą bronią w walce z przeciwnikami, tudzież obrony przed wysuwanymi przez nich zarzutami.

Niedawne wydarzenia z przebiegu polskiej kampanii wyborczej przypomniały nam, że jest to broń obosieczna, działająca również oddolnie. – Opinia publiczna ma niezwykły wpływ na sympatie polityczne jednostek; odpowiedni przekaz medialny – czy to spontaniczny, czy inspirowany przez nieobiektywnych dziennikarzy bądź inne siły – potrafi znacznie przyczynić się do sukcesu albo porażki danego polityka. Taki też cel przyświecał Michaelowi Moore'owi, gdy podczas kampanii wyborczej w 2004 roku agitował przeciwko prezydentowi Bushowi w filmie Fahrenheit 9/11, jednym z najbardziej kontrowersyjnych filmów dokumentalnych ostatnich lat. (Aczkolwiek tylko przy założeniu, że film ten rzeczywiście jest dokumentem, a nie po prostu dokuczeniem.)

Tytuł: Fahrenheit 9/11
Rok wydania: 2004
Producent: Lion's Gate Films
Reżyseria: Michael Moore
Scenariusz: Michael Moore

Wprawdzie nie udało mu się doprowadzić do klęski wyborczej George'a W. Busha, jednak Fahrenheit 9/11 ogromnie przyczynił się do utrwalenia negatywnego postrzegania prezydenta, który notabene stanowił łatwy cel, regularnie dostarczając materiału dla parodystów i krytyków. Moore wylicza drobne grzeszki Busha, rozpoczynając od sądowego rozstrzygnięcia na jego korzyść sporu wokół wyniku wyborów w roku 2000, pozornie zwyciężonych przez Demokratę Ala Gore'a. Powoli ukazuje się całe spektrum poważniejszych, a zarazem trudnych do udowodnienia zarzutów, takich jak rzekome finansowanie amerykańskiej głowy państwa przez saudyjskich szejków. Stąd już tylko krok do uznania współodpowiedzialności prezydenta za zamachy Jedenastego Września i bezzasadną inwazję na Irak. Michael Moore oczywiście podąża tym tropem, nie odpuszczając Bushowi w żadnym punkcie. "Bush nie powinien był nigdy zostać prezydentem Stanów Zjednoczonych", sugeruje.

Abstrahując od zagadnienia trafności wysuniętych oskarżeń, możemy skupić się na obserwacji ich formy. Sensacyjne, przerażające wręcz informacje o bliskich więzach łączących Biały Dom z Al-Kaidą okraszone są humorystycznym komentarzem z offu, dzięki któremu łatwiej przyswoić niepoparte wiążącymi dowodami informacje, nawet jeśli nie daje się im wiary. Chwilę potem poruszające materiały zdjęciowe z działań wojennych w Iraku poruszają w publiczności zgoła inne struny. Wypowiedzi matek zabitych amerykańskich żołnierzy zestawione z ciągłymi atakami Moore'a na hipokryzję ludzi z otoczenia Busha potęgują w odbiorcach emocje. Wartko zmieniając tematy, Moore oferuje prawdziwe fajerwerki skrajnych doznań, windując napięcie do poziomu, gdzie kinowy seans staje się spektaklem gniewu, gorącej nienawiści do prezydenta. Moore doskonale zdaje sobie sprawę ze znaczenia czynnika emocjonalnego dla preferencji wyborczych obywateli. Przedstawiając im dramatyczne, przerysowane obrazy oraz skandaliczne teorie spiskowe, manipuluje uczuciami, przywołując i umacniając niechęć wobec Busha. Tezy prezentowane przez Moore'a nie zawsze bronią się przed racjonalnym osądem, lecz prawdziwą siłą tego filmu jest generowanie wrażeń, warunkowanie antypatii wobec Busha.

Fahrenheit 9/11 otrzymał na festiwalu w Cannes Złotą Palmę. Może wydawać się błędem przyznanie prestiżowej nagrody dokumentowi, którego merytoryczna wartość jest co najmniej dyskusyjna; niewątpliwie w podjęciu tej decyzji udział miały osobiste przekonania polityczne członków jury, nie można jednak zapominać o potężnej sile oddziaływania tego filmu, która dowodzi jego wartości artystycznej. Pytanie, czy film dokumentalny można rozpatrywać w kategoriach sztuki pozostawmy filmoznawcom, a z punktu widzenia politologa zauważmy, jak dobrze Fahrenheit 9/11 wpisuje się w konwencję kampanii wyborczej, jako narzędzie której przecież miał służyć. W tej branży przekaz emocjonalny jest tak samo istotny, jak warstwa merytoryczna. – Jeżeli nie istotniejszy.

 

Michał Filipowicz

11:29, usa2008 , FILM
Link Dodaj komentarz »
MIKE HUCKABEE: "CHUCK NORRIS APPROVED!"
 
1 , 2 , 3 , 4

O NAS

Kontakt/Współpraca


Creative Commons License
Teksty są dostępne
na licencji Creative Commons
Uznanie autorstwa 2.5 Polska
.

Tłumacz z nami
WE the Media (2004) -
słynny manifest dziennikarstwa obywatelskiego Dana Gillmora.
Maciej Lewandowski






Powered By
widgetmate.com
Sponsored By
Digital Camera