USA 2008 - wybory prezydenckie w Ameryce. Demokraci i Republikanie. Kandydaci: Barack Obama i John McCain. Informacje, analizy, newsy. Kampania, prawybory, wybory w Ameryce.
sobota, 31 maja 2008
REKOMENDACJA DLA BARACKA OBAMY

Przyglądając się zestawieniom osób i instytucji popierających poszczególnych kandydatów, w oczy rzuca się fakt ogromnej, miażdżącej wręcz, przewagi Baracka Obamy w tym względzie. Liczba nazwisk, szczególnie gwiazd medialnych, wspierających senatora z Chicago, jest zaiste imponująca. Podczas gdy zdajemy sobie sprawę, iż poparcie takie – szczególnie poparcie celebrities – niekoniecznie przekłada się na pozytywne wyniki kampanii (pisaliśmy o tym w tekście Moc politycznej rekomendacji) – to z pewnością świadczy ono o ogromnej popularności wspieranego polityka.

Wśród nazwisk gwiazd show biznesu na liście Obamy wyróżniają się takie postaci, jak: George Clooney, Brad Pitt, Robert De Niro, Scarlett Johansson, czy Ben Affleck. Uwagę zwracają także dwie słynne kobiety, znane na całym świecie ze swego wieloletniego zaangażowania w kampanie pokojowe i humanitarne: Joan Baez i Jane Fonda.

Brad Pitt i Jennifer Aniston
Brad Pitt i Jennifer Aniston: od dawna nie są parą,
ale zgodnie wspierają kandydaturę Baracka Obamy

Rekomendacja udzielona przez światowej sławy piosenkarkę, jedną z gwiazd słynnego festiwalu w Woodstock w 1965 roku, ma wielki symboliczny wymiar - tym większy, iż jest to pierwszy głos oddany publicznie przez Baez na jakiegokolwiek polityka. Zaangażowanie Fondy w kampanię Obamy nie jest już odbierane tak jednoznacznie pozytywnie – niektóre z amerykańskich mediów przypominają wietnamską przygodę aktorki, zarzucając jej współdziałanie z ludźmi, którzy więzili i torturowali McCaina. Takie wstawiennictwo może skończyć się dla polityka katastrofą.

Niewątpliwie największą i najbardziej wpływową z medialnych osobistości w obozie ciemnoskórego kandydata jest Oprah Winfrey, o której oddziaływaniu na przebieg kampanii pisaliśmy przed kilkoma miesiącami w tekście Być gwiazdą, ludzi fantazją. W tym miejscu warto tylko wspomnieć, iż większość komentatorów politycznych jest przekonana o tym, że poparcie udzielone senatorowi przez telewizyjną gwiazdę jest najbardziej znaczącym i najefektywniejszym ze wszystkich aktów wsparcia podczas obecnej kampanii. Nieliczne głosy przeciwne – na przykład dziennikarza Newsvine - zwracają uwagę na możliwe kontrowersje wokół osoby Oprah, wskazując na potencjalne negatywne reakcje wyborców związane między innymi z problemami rasowymi.

Podczas gdy długa lista celebrities niewątpliwie robi duże wrażenie (głównie tylko wrażenie), to – moim zdaniem – prawdziwym wielkim skarbem Obamy są politycy i ich rodziny, którzy postanowili zaangażować się w jego kampanię.

Edward M. Kennedy
Edward M. Kennedy

Sądzę, iż najbardziej efektywny wpływ na osiągnięcie przez Obamę upragnionego celu, czyli na ostateczne zwycięstwo w wyborach, może mieć wsparcie udzielone mu przez żywą legendę Demokratów – senatora Edwarda M. Kennedyego. Nie dosyć, że jest to pierwszy w historii przypadek, w którym Ted Kennedy udzielił komukolwiek rekomendacji we wstępnej fazie kampanii (przed otrzymaniem nominacji partyjnych), to akt ten był odebrany jako bolesny cios zadany rodzinie Clintonów, z którymi senatora Kennedyego łączy wieloletnia bliska znajomość. Rekomendując Obamę do nominacji z ramienia swojej partii, senator Kennedy dał Amerykanom wyraźny sygnał, że jego – doświadczonego polityka – zdaniem, ciemnoskóry kandydat z Chicago, pomimo młodego wieku i krótkiego doświadczenia politycznego, jest już gotowy do objęcia najwyższego urzędu w państwie. Równie ważnym aspektem tego poparcia jest udokumentowany, pozytywny wpływ działań senatora Kennedyego na rezultaty wyborcze wspieranego przez niego kandydata – w roku 2004 pomógł on senatorowi Kerry'emu na realny powrót do walki wyborczej.

Niezmiernie ważnymi głosami poparcia (tym bardziej w tak wczesnej fazie kampanii) dla Baracka Obamy są także głosy zniechęconych przedstawicieli Republikanów, w tym wnuczki byłego prezydenta – Susan Eisenhower. W obozie senatora - Demokraty znaleźli się ponadto inni wieloletni działacze Partii Republikańskiej (tak zwani Obamacans): Tricia Moseley i Strom Thurmond.

 
Maciej Lewandowski, Szkocja
 
Podobne:

piątek, 30 maja 2008
KAMPANIE SPRZED LAT: 1988

Od czasu przyjęcia dwudziestej drugiej poprawki do Konstytucji USA, prezydenci nie mogą pełnić swojego urzędu przez więcej niż dwie kadencje. Wolno im jednak wspomagać w wyborach innych kandydatów, bliskich im politycznie lub osobiście. Tym samym mają szansę doprowadzić do swego rodzaju sukcesji władzy. Oczywiście ostateczna decyzja należy zawsze do wyborców. W ciągu minionych kilkudziesięciu lat chyba najbardziej wymownym przykładem udanego przekazania władzy w taki sposób była kampania z roku 1988.

Republikanin George H. Bush, ojciec obecnego przywódcy, był wiceprezydentem u boku Ronalda Reagana przez cały okres jego rządów, a więc od stycznia 1981 do stycznia 1989. Już w roku 1985 pojawiły się pierwsze sygnały świadczące o tym, iż w kolejnych wyborach dotychczasowy numer 2 zamierza zawalczyć o najwyższe stanowisko. Ułatwiała mu to ogromna popularność Reagana, który zresztą bardzo żałował, że sam nie może kandydować kolejny raz. W tej sytuacji nie pozostało mu nic innego, jak wesprzeć aspiracje swojego zastępcy.

Prezydent Ronald Reagan i wiceprezydent George Bush z żonami
Prezydent Ronald Reagan z żoną Nancy Reagan i wiceprezydent George Bush z żoną Barbarą Bush (1988)

Pierwsze prawyborcze starcie, tradycyjnie w stanie Iowa, napędziło wiceprezydentowi stracha. Zajął dopiero trzecie miejsce, a wyprzedzili go lider partii w Senacie Bob Dole (który potem był jej kandydatem w wyborach prezydenckich w 1996 roku) oraz telewizyjny kaznodzieja Pat Robertson. Dole prowadził w sondażach również w drugim bardzo prestiżowym stanie, New Hampshire. Wtedy przydał się czarny PR – sztabowcy Busha zdołali wmówić wyborcom, że jego rywal planuje podnieść podatki. Zadziałało. Wiceprezydent znalazł się na fali wznoszącej, która doprowadziła go aż na konwencję w Nowym Orleanie, gdzie uzyskał formalną nominację. Przyjmując ją, wypowiedział słynne słowa: Czytajcie z moich ust: ŻADNYCH NOWYCH PODATKÓW!

Rok 1988: republikański kandydat na prezydenta George H. Bush składa
niespełnioną później obietnicę, że nie wprowadzi nowych podatków

Tę niespełnioną deklarację przypominano mu wielokrotnie cztery lata później, gdy bez powodzenia ubiegał się o reelekcję. Wracając jednak do 1988, kandydatem na wiceprezydenta został senator Dan Quayle z Indiany.

U Demokratów początkowymi faworytami byli popularny gubernator Nowego Jorku Mario Cuomo oraz były senator Gary Hart z Kolorado, który zajął drugie miejsce w prawyborach z 1984 roku. Ostatecznie ten pierwszy nie zdecydował się jednak na start, a szanse drugiego pogrzebały plotki na temat jego pozamałżeńskich ekscesów. Walka o nominację rozegrała się zatem między czterema głównymi kandydatami: gubernatorem Massachusetts, Michaelem Dukakisem, czarnoskórym pastorem Jesse’m Jacksonem, kongresmanem Dickiem Gephartem z Missouri i senatorem Alem Gore’m z Tennessee. Na konwencji w Atlancie partyjne namaszczenie otrzymał Dukakis, który zaprosił do wyborczego tandemu senatora Lloyda Benstena z Teksasu.

W finałowej fazie kampanii obaj kandydaci nie szczędzili sobie oskarżeń. Bush twierdził, że Dukakis jest skrajnym lewicowcem (nietrudno było przykleić taką etykietkę gubernatorowi stanu uchodzącego za mekkę amerykańskiej liberalnej inteligencji), nie mającym pojęcia o kwestiach militarnych, w dodatku podkopującym fundamentalne wartości Ameryki. Wiceprezydent wypominał swemu rywalowi sprzeciw wobec obowiązkowej recytacji przysięgi na wierność fladze, od której zaczynają swój dzień amerykańscy uczniowie. Siebie republikański kandydat określał jako milszego i delikatniejszego Reagana. Z kolei Dukakis starał się przypominać wszystkie największe skandale i wpadki epoki ustępującego prezydenta, na czele z aferą Iran-Contras, i wskazywać na ich powiązanie z osobą Busha.

Mapa wyborów w 1988 roku
Mapa wyborów prezydenckich w 1988 roku [źródło: President Elect]

W dniu wyborów Dukakis zebrał ponad 45% głosów wyborców, ale w amerykańskim systemie ma to znaczenie dużo mniejsze niż arytmetyka w Kolegium Elektorskim. Ta zaś była dla Demokraty miażdżąca: miał tam 111 głosów, gdy jego rywal uzbierał tymczasem aż 426.

 

Jarosław Błaszczak

 
Podobne:

czwartek, 29 maja 2008
RADYKALNA AMERYKA

We współczesnej historii USA było kilka takich sytuacji, gdy dziejowe wydarzenia spowodowały radykalizację nastrojów w społeczeństwie. Jako przykład można wskazać wojnę w Wietnamie, walkę z segregacją rasową czy nawet proces O.J. Simpsona. Wszystkie w jakiś sposób podzieliły amerykańskie społeczeństwo i - co ważne - podział ten był bardzo głęboki. Dotyczył wszystkich grupy społecznych - każdy miał wyrobione, jednoznaczne i twarde stanowisko. O podobnej radykalizacji stosunków społecznych można mówić dzisiaj w kontekście nadchodzących wyborów prezydenckich.

Z badań przeprowadzonych niedawno przez The American National Election Studies jednoznacznie wynika, że liczba konserwatywnych demokratów spada. Podobnie odsetek liberalnych republikanów uległ zmniejszeniu. W 1984 roku gdy przeprowadzano tego typu badania odsetek osób, których poglądy były zlokalizowane w centrum szacowano na 41% społeczeństwa. W 2004 roku ta liczba spadła do 28%, dzisiaj kalkuluje się, że będzie to od 10 do 23%.

Symbole Partii Republikańskiej i Demokratycznej
[źródło: The Trustees]

Jednocześnie jak ocenia socjolog Robert Cushing od kilkunastu lat polaryzacji upodobań politycznych towarzyszy zjawisko które można określić jako segregacja polityczna. Każdy wolałby mieszkać w sąsiedztwie osób, których poglądy są zbieżne z naszymi i to obserwujemy obecnie w USA. Wyklarowały się okręgi twardego elektoratu danej partii, rejony których mianownikami są różne cechy demograficzne społeczeństwa amerykańskiego jak np.: pochodzenie etniczne, wykształcenie, dochody. I tak wschodnie wybrzeże i wielkie metropolie są od lat kojarzone z demokratami, natomiast domeną republikańską są południowe stany.

To zjawisko nie jest czymś nowym, jednak w ostatnich latach wyjątkowo się nasiliło. Taka segregacja może jedynie sprzyjać dalszej radykalizacji wyborców. W tłumie w którym nie słychać głosu sprzeciwu czujemy się pewniej. Najprawdopodobniej radykalizacja poglądów to wynik złej kondycji gospodarczej USA, przedłużającej się wojny w Iraku i restrykcyjnej polityki administracji Busha. Na te zjawiska dodatkowo nałożyła się kampania wyborcza, która powyższe problemy wyjaskrawiła.

 

Marcin Świerczek

środa, 28 maja 2008
PREZYDENCKI FACEBOOK

Ponad 100 lat temu, w 1896 roku, republikański kandydat na prezydenta William McKinley, prowadził kampanię z ganku (front-porch campaign), polegającą na tym, że on siedział w swoim domu w Ohio, a wyborcy byli dowożeni do niego pociągami. I wygrał. Teraz sytuacja obróciła się o 180 stopni – by zostać wybranym, należy wyjść do elektoratu jak najszerszym frontem, wykorzystując wszelkie metody komunikacji, byle tylko trafić z przekazem.

Dziś, w sytuacji, gdy - zwłaszcza dla młodej części społeczeństwa - podstawowym środkiem komunikacji jest internet, kandydaci promują się w popularnych portalach społecznościowych, takich jak Facebook, MySpace, czy niemal nieznany w Polsce, a popularny w Brazylii i Indiach Orkut. Szczególnie bogaty w informacje okazał się Facebook, na którym można znaleźć fakty nie zawsze pasujące do standardowego wyobrażenia o politykach, którzy chcą zasiąść w Białym Domu.

Hillary Clinton
Hillary Clinton

Hillary Clinton ma nawyk lania wody – jej szczegółowe, złożone z pełnych zdań wypowiedzi dotyczące jej zainteresowań nie pasują do internetowej konwencji i w porównaniu z lakonicznymi stwierdzeniami jej przeciwników wydają się nie na miejscu. Poza tym stężenie materiału autopromocyjnego, który przedstawia ją siebie jako niezłomną obrończynię kobiet, dzieci i rodzin, reformatorkę systemu edukacji i opieki zdrowotnej, kobietę-kryształ, a przy okazji bestsellerową pisarkę, może przyprawić o mdłości. Na pocieszenie należy zauważyć, że była Pierwsza Dama ma dobry gust filmowy – w dzieciństwie podobał jej się Czarnoksiężnik z krainy Oz, w młodości Casablanca (z której znała dialogi na pamięć), a w wieku dojrzałym Pożegnanie z Afryką. Z muzyki preferuje Arethę Franklin, Carly Simonoraz gigantów rocka – Rolling Stonesów i U2. Przed telewizorem natomiast oddaje się bardziej plebejskiej rozrywce (co może ma dać jej poparcie mniej zintelektualizowanej części Ameryki), mianowicie – tak, to prawda – Idolowi!

Barack Obama
Barack Obama

Barack Obama z kolei stworzył swój profil zgodnie z zasadą dla każdego coś miłego. Widać to po zestawie jego ulubionych lektur – przedstawił się tam jako człowiek religijny (Biblia), oczytany zarówno w klasyce (tragedie Szekspira), jak i literaturze współczesnej (laureatka Pulitzera, Marilynne Robinson), znający podstawowe teksty amerykańskiej myśli politycznej (Self-Reliance Emersona i pisma zebrane Lincolna), czy wreszcie czuły na problemy własnej rasy (laureatka Nagrody Nobla, Toni Morrison i Parting The Waters Taylora Brancha – epicka opowieść o walce Afroamerykanów o prawa obywatelskie). Całości dopełnia cytat z – tak, zgadliście – Martina Luthera Kinga.

Podobnie jest z muzyką – tu znowu mamy klasykę (Bach), polityczne zaangażowanie (Bob Dylan) oraz nieśmiertelne czarne brzmienia (Miles Davis, John Coltrane, Stevie Wonder i z młodszych wykonawców The Fugees). Senator z Illinois wycofał się na bezpieczne pozycje również przy układaniu listy ulubionych filmów: Casablanca, dwie pierwsze części Ojca chrzestnego, Lawrence z Arabii oraz Lot nad kukułczym gniazdem to absolutny kanon kina amerykańskiego, który każdy powinien znać, ale który z kolei nie mówi wiele o widzu. Przy całym swoim asekuranctwie Obama nie zapomniał jednak, że jest prawdziwym samcem – telewizor służy mu, a jakże, do oglądania zawodów sportowych.

John McCain
John McCain

Na zainteresowaniach Johna McCaina zaważyła natomiast jego wojenna przeszłość – wśród jego ulubionych książek można znaleźć Komu bije dzwon, a wśród filmów Listy z Iwo Jimy oraz Viva Zapata, dramat o rewolucji meksykańskiej z Marlonem Brando w roli głównej. Senator z Arizony nie gardzi też lżejszym repertuarem, o czym świadczy sentyment do Pół żartem pół serio.Czas spędzony przed szklanym ekranem republikański kandydat poświęca na seriale, konkretnie na Kroniki Seinfelda i 24 godziny. Pytanie, czy to dobrze – ani wygłupy Jerry’ego Seinfelda ani wyczyny Jacka Bauera nie wydają się być dobrymi wzorami do kierowania krajem.

Na koniec parę słów o ulubionych rozrywkach kandydatów, którzy swoje starania o najwyższy urząd już zakończyli. Rudy Giuliani lubi operę, pamiętniki Churchilla i Sarkozy’ego oraz Ojca chrzestnego, co zważywszy na jego włoskie pochodzenie jest wyborem oczywistym. Dla Johna Edwardsa filmem numer jeden są Skazani na Shawshank. Mitt Romney słucha klasycznego rocka – Johna Orbisona, Beatlesów i The Eagles – a do jego ulubionych książek należą Przygody Hucka Finna. Wreszcie Mike Huckabee za hity srebrnego ekranu uważa Zabić drozda i Obywatela Kane’a, a w telewizji najchętniej ogląda wiadomości. Czy to czegoś dowodzi? Przypuszczalnie nie, ale miło pomyśleć, że przynajmniej czasem politycy pokazują ludzkie oblicze.

 
Maciej Józefowicz
 
Podobne:
wtorek, 27 maja 2008
ROPA PO 3 DOLARY?

Cena ropy naftowej z dnia na dzień bije kolejne rekordy. Za chwilę może się więc okazać, że… świat się od niej odwróci. W obliczu drogiej ropy - ceny energii pozyskiwanej z alternatywnych źródeł stają się coraz bardziej konkurencyjne. Czy Stany Zjednoczone pod dowództwem nowego prezydenta jako pierwsze odwrócą się od ropy naftowej?

Wspomnień czar

W sierpniu 2004 roku światowi ekonomiści zaczęli bić na alarm. Cena jaką trzeba było płacić za baryłkę (159 litrów) ropy naftowej zaczęła gwałtownie rosnąć: wynosiła wówczas aż 46 dolarów i niebezpiecznie zbliżała się do nierealnego poziomu 50 dolarów. Ostatecznie cena dobiła wtedy do 49,80 dolarów i… gwałtownie spadła do 43 dolarów. Mówiono wówczas, że rynek przestraszył się magicznych 50 dolarów - poziomu po-przekroczeniu-którego-nie-będzie-już-żadnych-barier. Purnomo Yusgiantoro, szef OPECU stwierdził nawet, że kartel docelowo jest zainteresowany niższymi cenami i będzie dążył do 30 dolarów za baryłkę.

Mniej więcej wtedy hipotetyzowano i toczono już dywagacje na temat alternatywnych źródeł energii. I choć specjaliści pozostawali zgodni, iż w dalszym ciągu nieopłacalne jest rezygnowanie z ropy na rzecz czegoś innego to pozostawiali sobie otwartą furtkę dodając: ale za jakiś czas te proporcje cenowe mogą się zmienić…

Droga rzeczywistość

Od wspomnianego sierpnia 2004 roku, czyli w ciągu ostatnich prawie czterech lat, cena ropy wzrosła o 200%. Kolejne magiczne granice zostały przekroczone i obecnie cena ociera się o 127 dolarów za baryłkę. Czy więc warto dalej inwestować w ropę? Czy nie lepiej bardziej zainteresować się alternatywnymi źródłami energii?

Na wzrostach cen ropy, za którymi automatycznie idą też wzrosty cen gazu, tracą zwykli obywatele wielu krajów świata; zarabiają natomiast m.in. wielkie korporacje albo – często wąskie - grupy władzy w wielu nie-do-końca-demokratycznych krajach całego świata. Wszystkie trzy najwięcej warte giełdowe spółki świata to zresztą koncerny paliwowe. Po wzrostach sprzed dwóch tygodni do prowadzących ExxonMobil (wyceniany na 476 mld dolarów) i PetroChina (441 mld) dołączył rosyjski Gazprom (340 mld). Czy zatem rynek, który na ropie zarabia krocie, może być zainteresowany obniżeniem jej cen lub rezygnacją z tego surowca?

Who Killed the Electric Car?

Reakcją na postępujące ceny ropy, jak i globalne ocieplenie był wyreżyserowany przez Chrisa Paine’a film dokumentalny z 2006 roku Who killed the electric car? Tytułowe pytanie odnosi się do cichych, szybkich, energooszczędnych, ekologicznych samochodów elektrycznych, które pojawiły się w Kalifornii w 1996 roku, by jakiś czas później… zniknąć w tajemniczy sposób. Wspomniane pojazdy osiągały prędkość do 80 mil/h i były w stanie przejechać jednorazowo do 200 mil. Autorzy dokumentu, w którym gościnnie występują (wcielając się w role samych siebie) Mel Gibson i Tom Hanks, dochodzą do zdumiewających odkryć: samochody zostały odebrane właścicielom i zniszczone. Podobnie nowe samochody, które nawet nie wyjechały z fabryki. Nie wiadomo tylko kto za tym stał. Liczne domysły poruszane przez autorów filmu wskazują na potencjalne zarówno prywatne jak i publiczne grupy interesu: firmy naftowe, producentów samochodów benzynowych lub części do nich, a nawet inspirowany przez nie rząd.

Nietrudno zgadnąć dlaczego pojawienie się tańszej alternatywy dla ropy naftowej powoduje tak wiele emocji. Wynalezienie taniego źródła energii, a następnie rozpowszechnienie go i przygotowanie pod niego całej kapitałochłonnej infrastruktury zapewne w efekcie spowodowałoby masowy odwrót od ropy. Spadek popytu na ten surowiec wiązałby się naturalnie ze spadkiem cen i nagle mogłoby się okazać, że całe kraje żyjące tylko z ropy oraz wielkie korporacje (np. paliwowe) – masowo bankrutują.

Zaropiała przyszłość

Pomimo krótkiej, wydaje się na tę chwilę, kariery samochodu elektrycznego - nie da się jednak wykluczyć iż w niedalekiej przyszłości pomysł wróci na wokandę. Kluczowe pytanie brzmi: ile musi kosztować ropa, by opłacało się wynaleźć i rozpowszechnić na masową skalę jakąś alternatywę dla niej? Najlepiej tanią i ekologiczną.

Z problemem ropy nieuchronnie będzie musiał zmierzyć się nowy prezydent Stanów Zjednoczonych i nie będzie to z pewnością zadanie łatwe. Każda jego decyzja niewątpliwie będzie powodowała wielkie poruszenie u społeczeństwa, biznesu i międzynarodowych grup interesu. Prezydenta Busha nieraz zresztą oskarżano o zbyt dużą przychylność wielkim koncernom. Czy nowy prezydent też im ulegnie czy może wytrzyma presję i dokona reformy?

 

Piotr Kobosko


Podobne:

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8

O NAS

Kontakt/Współpraca


Creative Commons License
Teksty są dostępne
na licencji Creative Commons
Uznanie autorstwa 2.5 Polska
.

Tłumacz z nami
WE the Media (2004) -
słynny manifest dziennikarstwa obywatelskiego Dana Gillmora.
Maciej Lewandowski






Powered By
widgetmate.com
Sponsored By
Digital Camera