USA 2008 - wybory prezydenckie w Ameryce. Demokraci i Republikanie. Kandydaci: Barack Obama i John McCain. Informacje, analizy, newsy. Kampania, prawybory, wybory w Ameryce.
czwartek, 31 lipca 2008
ŚWIAT WEDŁUG JOHNA MCCAINA (I)

Wśród ekspertów i znawców polityki zagranicznej pokutuje przekonanie, że to czy w Gabinecie Owalnym zasiada Republikanin czy Demokrata znajduje wyraziste odbicie w polityce zagranicznej. Prezydentom republikańskim przypisuje się tendencję do twardego rozgrywania amerykańskich interesów w świecie, do relatywnie szybkiego używania siły i do działania w pojedynkę (unilateralizmu). Natomiast prezydenci z obozu demokratycznego postrzegani są jako bardziej skłonni do dialogu i konsultacji (multilateralizm). Ten stereotyp wydaje się trafnie opisywać także obecną kampanię. John McCain jako bohater wojenny, deklarujący bezterminowe pozostawienie wojsk w Iraku, kojarzony jest z silnym i stanowczym przywództwem. Za to Barack Obama, który w procesie wychowania otarł się o wiele państw i kultur, przez cały okres kampanii krytykujący wojnę w Iraku, jest utożsamiany z dialogiem i koncyliacją. Jednak aby sprawdzić, czy wizerunki dwóch głównych kandydatów na prezydenta odzwierciedlają ich poglądy, warto przyjrzeć się szczegółowo ich programom.

John McCain
John McCain

Zarówno zwolennicy jak i przeciwnicy Johna McCaina podkreślają jego zdecydowane poparcie dla amerykańskiej obecności w Afganistanie i Iraku. Przypominana jest jego głośna wypowiedź, że gotów jest utrzymywać żołnierzy w Iraku chociażby przez 100 lat, jeśli byłaby taka potrzeba. Jego stronnicy widzą w tym odpowiedzialność i stanowczość godną męża stanu. Wskazują na to, że były wojskowy nie obawia się głosić niepopularnych poglądów wśród zmęczonych wojną Amerykanów, a kieruje się rozsądnym założeniem, że Stany Zjednoczone nie mogą sobie pozwolić na nieustabilizowaną sytuację nad Tygrysem i Eufratem. Chwalą także jego zdecydowanie w sprawie Iranu i poparcie dla budowy tarczy antyrakietowej, której przeciwstawiają naiwną deklarację gotowości do rozmów z Teheranem ze strony Obamy. Przeciwnicy senatora z Arizony twierdzą natomiast, że jest to przejaw podobnej łatwości w rozdysponowywaniu amerykańskimi oddziałami, jaką przejawia urzędujący prezydent.  

Jednak przeciwnicy McCaina póki co nie mogą zarzucić mu takich tendencji do jednostronnych działań, jakie ich zdaniem przejawia George W. Bush. Już w marcu kandydat Republikanów odbył podróż po Europie i Bliskim Wschodzie, podczas której odwiedził najważniejsze państwa Starego Kontynentu i sojuszników amerykańskich. Choć komentatorzy oceniali tę wizytę, tak jak podobną niedawno zakończoną podróż jego rywala, czyli jako element kampanii wyborczej, to nie zmienia to faktu, że tego typu spotkania są dobrze widziane przez zagranicznych partnerów i stanowią dobry początek ewentualnej dalszej współpracy. Podobny efekt przynosi nawoływanie przez McCaina do wspólnych działań i konsultacji, szczególnie w odniesieniu do Unii Europejskiej.

Ogół amerykańskiej opinii publicznej jest bardziej zainteresowany
pragmatycznym, a nie ideologicznym kursem wobec Rosji
- prof. Charles A. Kupchan komentuje wypowiedzi Johna McCaina
o wykluczeniu Rosji z grupy G8 dla telewizji Russia Today (28 lipca 2008).
 

Senator z Arizony opowiada się także za inną polityką wobec Rosji niż George W. Bush. John McCain jest póki co jednym z niewielu zachodnich polityków, którzy odważyli się na tak zdecydowaną krytykę Rosji. Nie tylko negatywnie wypowiadał się o niedemokratycznym przebiegu wyborów w tym kraju, o czym zaledwie napomknęli zachodni decydenci, ale także określił zachowanie Rosji jako nieprzyczyniające się do pokoju na świecie. W tym kontekście piętnuje poczynania wschodniego partnera wobec Gruzji i Ukrainy, jego poczynania na rynku gazu oraz blokowanie sankcji wobec Iranu w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Nie od dziś opowiada się także za wykluczeniem Rosji z G8, ponieważ jego zdaniem powinna ona zrzeszać wyłącznie liberalne demokracje. Na ten status o wiele bardziej zasługują według niego Indie czy Brazylia. Tego typu wypowiedzi są krytykowane przez niektórych ekspertów, którzy zarzucają kandydatowi niekonsekwencję. Z jednej strony popiera on rozbrojenie i przeciwdziałanie wspólnie z Rosją rozprzestrzenianiu broni masowego rażenia, a z drugiej strony poprzez ostrą retorykę wrogo nastawia Moskwę do Stanów Zjednoczonych.

 

Ewa Dryjańska

 

Podobne:

środa, 30 lipca 2008
WYBORCZE REALITY SHOW - SZTUKA KREACJI (II)

W Stanach Zjednoczonych nie od dziś prezencja kandydata w telewizji ma ogromny wpływ na zdobycie przez niego nominacji danej partii, a następnie zwycięstwo w wyborach prezydenckich. W związku z tym udział specjalistów w kreowaniu wizerunku polityków zwiększył się w ostatnich dekadach w niebywałym stopniu. O ile jeszcze w latach 80-tych ubiegłego wieku był to powód do pewnych uszczypliwości ze strony europejskich komentatorów politycznych, to dziś nikogo już nie dziwi opracowywanie strategii całych kampanii wyborczych przez wyspecjalizowane agencje public relations. Ten proces praktycznie niczym już się nie różni od wprowadzenia na rynek i wypromowania dowolnego produktu. To smutne, że te same techniki służą do wciśnięcia ludziom nowej lodówki, proszku do prania, prezerwatywy czy nowego prezydenta.

Barack Obama i John McCain
Barack Obama i John McCain

Wszystko to razem prowadzi do kuriozalnej sytuacji, gdzie nie jest ważne jakie poglądy na tą czy inna sprawę ma dany kandydat, a to na ile skutecznie udaje się sprzedać jego wizerunek. Dochodzimy do momentu, który jeszcze niedawno wydawał się możliwy tylko w filmach political fiction: realne staje zwycięstwo jednego z kandydatów na podstawie całkowicie fałszywego i wykreowanego przez specjalistów wizerunku. Idealny kandydat na prezydenta to taki, który potrafi wejść w dowolny przygotowany dla niego scenariusz. Talent aktorski staje się zaletą wręcz nie do przecenienia.

Machina marketingu politycznego bynajmniej nie przestaje pracować po wyborach. Część mediów w Polsce oburzyła wiadomość, że na wizerunek premiera Donalda Tuska pracuje bodaj siedmiu specjalistów. Machina może się wydawać nieco rozbuchana jak na nasze warunki, ale to przecież naturalna forma i konsekwencja przyjętej wcześniej metody oddziaływania na rzeczywistość. Przecież po każdych wyborach zawsze będą jakieś następne. Show must go on! Warto jednak odnotować, że od jakiegoś czasu nawet w samym amerykańskim społeczeństwie można obserwować zjawisko dystansowania się od całej tej szopki wyborczej.

Donald Tusk
Donald Tusk

Jak podaje Noam Chomsky w jednej ze swych prac***, badania opinii publicznej w przededniu wyborów prezydenckich w 2000 roku pokazywały, że 3/4 społeczeństwa postrzegało nadchodzące wydarzenie jako farsę. Otóż dla większości z tych osób walka pomiędzy Demokratami i Republikanami jest mieszanką gry pomiędzy sponsorami, przywódcami partyjnymi oraz specjalistami public relations. Ci ostatni są odpowiedzialni w oczach większości opinii publicznej za to, żeby kandydaci do Białego Domu mówili niemal wszystko, aby tylko zostać wybranym. Ta zasada zdaje się obowiązywać nie tylko w Stanach Zjednoczonych.

 

 
 
Zbigniew Modrzewski
 
 
 
*** Noam Chomsky "Polityka, anarchizm, lingwistyka" Oficyna Wydawnicza Bractwa Trojka Poznań 2007
 
 
Podobne:
wtorek, 29 lipca 2008
WYBORCZE REALITY SHOW - SZTUKA KREACJI (I)

Sądząc po ilości miejsca jaką światowe media poświęcają wyborom w USA, można odnieść wrażenie, że żyje nimi zdecydowana większość mieszkańców naszego globu. Tego rodzaju podejście mówi nam więcej o współczesnych mediach niż o rzeczywistym zainteresowaniu wyborami w USA. Obecny wyścig o fotel w Białym Domu stał się parodią procesu wyborczego.

Gwoli sprawiedliwości muszę uczciwe przyznać, że i ja sam dałem się wciągnąć cztery lata temu w śledzenie tego specyficznego reality show. Tytułem usprawiedliwienia mogę tylko powiedzieć, że było to podyktowane dosyć intensywnym dyskomfortem jaki odczuwałem patrząc na Georga W. Busha i jego najbliższe otoczenie, gdy wyszło na jaw, że powody agresji na Irak (poza powszechnie znanym i przez lata akceptowanym przez Zachód okrucieństwem Husajna) są ordynarnie spreparowane. Co z tego, skoro okazało się, że w przeciwieństwie do reszty świata, amerykańskim wyborcom to nie przeszkadza i na kolejną kadencję wybrali człowieka, który ten stek kłamstw firmował swoim nazwiskiem.

George W. Bush
George W. Bush

Tutaj pozwolę sobie na małą dygresję. Otóż pamiętam jak za czasów moich studiów, jeszcze w latach 90-tych, jeden z wykładowców zapewniał studentów podczas wykładu, że nie przypomina sobie żadnego przypadku prezydenta USA przyłapanego na publicznym kłamstwie, który nie przypłaciłby tego stanowiskiem. Nawet bez należytej wówczas wiedzy, instynktownie czuliśmy, że jesteśmy w najlepszym przypadku świadkami zarówno idealizowania kolejnych przywódców Stanów Zjednoczonych jak i amerykańskiego systemu politycznego, jako takiego, co zresztą nawet dziś nie jest takie rzadkie, nie tylko u profesorów uniwersyteckich. Nie wiem co obecnie mówi swoim studentom ten profesor, mam tylko nadzieję, że już w czasach prezydentury Clintona miał okazję raz na zawsze zweryfikować swoją opinię w tej materii.

Ale wróćmy do tegorocznej kampanii wyborczej w USA. Problem z amerykańskimi wyborami jest taki, że zarówno Demokraci jak i Republikanie, czyli jedyne liczące się partie w amerykańskim systemie politycznym, mają w gruncie rzeczy niemal identyczne programy zarówno pod względem gospodarczym, politycznym i społecznym. Specjaliści od public relations muszą się naprawdę nieźle natrudzić, aby wyborcy uwierzyli, że to czy wybiorą tego czy innego kandydata istotnie wpłynie na ich życie. Dotarcie do zasadniczych różnić programowych nie jest właściwie możliwe, bo ich nie ma! Cała zabawa przypomina raczej ćwiczenie na spostrzegawczość ze staromodnych czasopism w stylu: znajdź kilka szczegółów, którymi różnią te dwa rysunki. To, żeby te szczegóły urosły w oczach wyborców do rozmiarów przekładających się na decyzję o wzięciu udziału w wyborach to już rola speców od marketingu politycznego i public relations.Ci zgodnie z filozofią błahości starają się skupić uwagę opinii publicznej na jak najbardziej powierzchownych kwestiach, stanowiących niebagatelną część modnej konsumpcji*.

John McCain i Barack Obama
John McCain i Barack Obama

Aby zilustrować pozorność różnic wystarczy przytoczyć od lat dyskutowaną, przy okazji  kolejnych masakr w szkołach średnich albo wyższych**, kwestię dostępu do broni palnej. Mam wrażenie, że częstotliwość tego rodzaju tragicznych zdarzeń spowodowała już chyba pewne uodpornienie opinii publicznej. Niemniej nie od dziś wiadomo, że żaden z kandydatów nie pozwoli sobie na zaproponowanie rzeczywistego ograniczenia prawa do posiadania broni. Zwykle o tego rodzaju skłonności posądzani są kandydaci Demokratów. Ich obecny kandydat Barack Obama, jeszcze do niedawna deklarował zdecydowane poparcie dla idei ograniczenia prawa do posiadania broni. Ostatnio media doniosły o jego nagłej wolcie w tej kwestii. Można się tylko domyślać, że ktoś z jego sztabu wyjaśnił mu czym dla jego szans w wyścigu grozi konsekwentne występowanie przeciwko silnemu lobby producentów broni oraz stojącym za nimi miłośnikami militariów. Widocznie dane dotyczące potencjalnego spadku w słupkach poparcia musiały być porażające, skoro Obama nie zamierza już kwestionować ani także utrudniać dostępu do broni. Żaden z kandydatów nie odważy się w obawie o stratę subwencji ale i głosów wyborczych, wystąpić przeciwko tego rodzaju liczącym się organizacjom lobbystycznym.

 

Zbigniew Modrzewski

 

* Noam Chomsky "Polityka, anarchizm, lingwistyka" Oficyna Wydawnicza Bractwa Trojka Poznań 2007, str. 57

** Fakt, że sprawcy masakr dokonują ich zazwyczaj w szkołach, powinien dać do myślenia decydentom odpowiedzialnym za system edukacji.

 

Podobne:

 

niedziela, 27 lipca 2008
KAMPANIE SPRZED LAT: 1948 (II)

Kontrolujący parlament Republikanie nie byli podzieleni aż tak głęboko jak Demokraci, lecz brak im było wyraźnego lidera. Przed rozpoczęciem kampanii za faworyta uchodził gubernator Nowego Jorku Thomas Dewey, który uzyskał już nominację cztery lata wcześniej. Szybko wyrośli mu jednak rywale, wśród których najważniejsi byli: gubernator Kalifornii Earl Warren, senator Arthur Vandenberg z Michigan, senator Robert Taft z Ohio oraz były gubernator Minnesoty, Harold Stassen.

 

Thomas Edmund Dewey
Thomas Edmund Dewey

 

Trzej ostatni tuż przed konwencją (również w Filadelfii) próbowali uzgodnić wspólną kandydaturę. Nikt nie chciał oddać pola i do pełnego porozumienia nie doszło, ale wszyscy zobowiązali się pilnować, aby nikt z ich zwolenników nie poparł przypadkiem Dewey'ego. W pierwszej i drugiej turze głosowania ta metoda zadziałała – Dewey wygrywał, ale bez wymaganej większości. Przed trzecią potyczką jego sztab znalazł sposób – udało mu się wyłuskać niemal wszystkich delegatów głosujących wcześniej na najsłabszych spośród kilkunastu pretendentów, bez szans na nominację. Dzięki temu Dewey po raz drugi uzyskał republikańskie błogosławieństwo. Jego kandydatem na wiceprezydenta został jedyny z jego poważnych kontrkandydatów, który nie przyłączył się do paktu – gubernator Kalifornii Earl Warren.

 

W finałowej fazie kampanii faworytem, zdecydowanie prowadzącym we wszystkich sondażach, początkowo był Dewey. Republikańscy stratedzy przyjęli zatem strategię dowiezienia wyniku. Przesłanie gubernatora Nowego Jorku było spokojne, pełne optymistycznych haseł, dalekie od bieżących sporów. Merytorycznie najważniejsze propozycje Dewey'ego, uważanego za lidera republikańskiego lewego skrzydła, dotyczyły zwiększenia wydatków rządu federalnego na rozmaite programy społeczne, m.in. zwiększenia zasiłków, dopłat do mieszkań, promocji zdrowia itp. Hasła spotkały się z lodowatym przyjęciem bardziej konserwatywnej części partii.

 

Earl Warren
Earl Warren - w roku 1948 nominowany przez Partię Republikańską na wiceprezydenta u boku Thomasa Dewey'ego, później prezes Sądu Najwyższego (1953 - 1969), stał na czele komisji powołanej do zbadania zamachu na prezydenta Johna F. Kennedy'ego (nazywanej potocznie Komisją Warrena)

 

Widząc podziały w obozie wroga, nie mający wiele do stracenia prezydent Truman zdecydował się na pokerową zagrywkę. Korzystając ze swych konstytucyjnych uprawnień, prezydent nakazał przerwanie wakacji parlamentarnych i zwołał na koniec lipca 1948 roku nadzwyczajną sesję parlamentu. Jak powiedział, chciał w ten sposób dać republikańskiej większości możliwość niezwłocznego wprowadzenia zmian w prawie zgodnych z programem wyborczym jej kandydata. Republikanie oczywiści nie zdołali tego zrobić. Po pierwsze, byli zbyt podzieleni. Po drugie, nie chcieli zgodzić się na działanie pod dyktando partii przeciwnej. Sam Dewey unikał angażowania się w narastający konflikt. Dla obozu Trumana był to dowód na jego słabość, a także na to, że Republikanie nie zamierzają spełniać własnych obietnic. Manewr prezydenta wyrównał nieco walkę i sprawił, że do ostatniej chwili kandydaci nie mogli być pewni, który z nich zwycięży.

 

Mapa wyborów prezydenckich w 1948 roku
Mapa głosowania w wyborach prezydenckich w 1948 roku
(niebieski - wygrał Demokrata Truman,
czerwony - zwyciężył Republikanin Dewey,
pomarańczowy - większość zdobył Dixiekrata Thurmond)

 

Gdy podano wreszcie wyniki, górą okazał się urzędujący prezydent. Truman zebrał 303 głosy elektorskie w 28 stanach. Dewey wygrał 16 stanów z łączną liczbą 189 głosów. Cztery stany i 39 głosów urwał Dixiekrata Thurmond.

 

 

 
Jarosław Błaszczak
 
 
Podobne:
sobota, 26 lipca 2008
KAMPANIE SPRZED LAT: 1948 (I)

Wielkie wojny są zwykle czasem, kiedy wewnętrzna walka polityczna nieco cichnie. Wyborcy jednoczą się wokół wspólnej sprawy, a ważne dotąd podziały tracą na znaczeniu. Społeczeństwo popiera silnych przywódców, pokłada w nich swe nadzieje i zaufanie. Podczas II wojny światowej w Ameryce takim liderem był rządzący od 1933 roku Demokrata Franklin Delano Roosevelt. Po jego śmierci w 1945 roku, na czele państwa i partii zastąpił go Harry Truman. W 1948 Demokratów czekała ciężka próba. Należało przekonać wyborców, że stronnictwo, które przeprowadziło ich przez wojnę, sprawdzi się także w czasie pokoju. 

Harry Truman
Harry Truman

Co gorsza, partia prezydenta była w nienajlepszym stanie. Wybory parlamentarne z 1946 roku dały Republikanom przewagę w obu izbach parlamentu. Głowa państwa kiepsko wypadała w sondażach, a co gorsza była skonfliktowana z częścią własnego zaplecza. Niezadowolonym przewodził Henry Wallace, który miał do Trumana osobisty uraz jeszcze z poprzednich wyborów. Wallace był wiceprezydentem u boku Roosevelta podczas jego trzeciej kadencji (1941-45). Liczył na przedłużenie swego urzędowania, z szansą na schedę po schorowanym prezydencie, ale ten wybrał Trumana. W 1946 roku Wallace nie wytrzymał i zaczął otwarcie krytykować swego następcę, za co ten wyrzucił go z administracji. Na początku kampanii z 1948 roku były wiceprezydent poszedł jeszcze dalej i wraz z grupą rozłamowców założył Partię Postępową (Progressive Party), która naturalnie wystawiła go w wyborach prezydenckich.

Jakby tego było mało, inna grupa niechętnych Trumanowi partyjnych kolegów (m.in. najstarszy syn poprzedniego prezydenta, James Roosevelt) próbowała przekonać do startu w wyborach niezwykle popularnego generała Dwighta Eisenhowera. Bohater II wojny światowej konsekwentnie odmawiał, starając się jeszcze wówczas uchodzić za postać apolityczną. Powody jego decyzji stały się jasne w 1952, kiedy to wygrał wyścig do Białego Domu, tyle że jako kandydat republikański.

Dwight Eisenhower

Dwight Eisenhower 

Konwencja w Filadelfii przebiegała pod znakiem burzliwej dyskusji nad programem wyborczym partii. Najwięcej emocji budziła tzw. kwestia praw obywatelskich. W praktyce istota sporu sprowadzała się do różnic w poglądach na temat dyskryminacji czarnych i segregacji rasowej w stanach Południa. Większość partii była niechętna tym praktykom, ale delegaci z Missisipi czy Georgii twardo obstawali przy swoim. Ostatecznie Truman bez większych kłopotów uzyskał nominację, zaś jego wyborczym partnerem został senator Alben Barkley z Kentucky. Głosowanie zostało jednak zbojkotowane przez część delegatów z Południa. Wkrótce później na spotkaniu w Birmingham w Alabamie ogłosili oni powstanie partii Dixiekratów. Jej kandydatem na prezydenta został przywódca grupy zwolenników segregacji, gubernator Karoliny Południowej Strom Thurmond.

 

Jarosław Błaszczak

 

Podobne:

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6

O NAS

Kontakt/Współpraca


Creative Commons License
Teksty są dostępne
na licencji Creative Commons
Uznanie autorstwa 2.5 Polska
.

Tłumacz z nami
WE the Media (2004) -
słynny manifest dziennikarstwa obywatelskiego Dana Gillmora.
Maciej Lewandowski






Powered By
widgetmate.com
Sponsored By
Digital Camera