USA 2008 - wybory prezydenckie w Ameryce. Demokraci i Republikanie. Kandydaci: Barack Obama i John McCain. Informacje, analizy, newsy. Kampania, prawybory, wybory w Ameryce.
niedziela, 31 sierpnia 2008
ECHA DENVER - PRASA BRYTYJSKA O CLINTONACH

Po wystąpieniach państwa Clinton na konwencji w Denver brytyjskie media opanował bezgraniczny zachwyt. Wychwala się głównie byłego prezydenta, ale również Hillary Clinton zasłużyła, zdaniem komentatorów z Wysp, na słowa najwyższego uznania. Pisze się o: mistrzowskim przedstawieniu, fenomenalnej i fantastycznej przemowie,czy potężnym pokazie (partyjnej) jedności. Najdalej w swych zachwytach posunął się niewątpliwie Justin Webb – amerykański korespondent BBC, który na swoim blogu stwierdza, że wystąpienie Hillary Clinton to wielki, historyczny moment w dziejach USA:

Hillary Clinton przemawiająca na konwencji Demokratów w Denver
Hillary Clinton przemawiająca na konwencji Demokratów w Denver

To było oszałamiające – moment olśniewającego przedstawienia politycznego, chwila, którą będziemy zachwycać się przez lata. Całe wydarzenie przypominało mu Parlament Brytyjski z lat świetności – rozkrzyczany i pełen sporów, ale świadomy swej siły, świadomy konsekwencji, jakie będą wynikiem podjętych tu decyzji. I dalej w tym samym tonie: Hillary Clinton wypowiedziała właśnie te słowa, które miała wypowiedzieć, co prawda w trochę zbyt wytworny sposób (co ponownie nasuwa porównania do polityków brytyjskich), ale jasno i z pełną świadomością konsekwencji, jakie niosą one z sobą. Przedstawienie z udziałem byłej Pierwszej Damy i późniejsze okrzyki rozentuzjazmowanej widowni to - zdaniem Webba - pokaz wielkiej siły, to polityczny teatr najlepszego gatunku.

W nieco mniej entuzjastyczny i – co za tym idzie – bardziej analityczny sposób, inny felietonista brytyjski – piszący dla Guardiana Jonathan Freedland komentuje wystąpienie Billa Clintona. Stwierdza on, iż były prezydent zrobił wszystko to, co powinien zrobić, w sposób idealny. Nie tylko poparł Obamę i przekonał elektorat swej żony do głosowania w listopadzie na kandydata Demokratów, ale także – co ważniejsze – wyraźnie wskazał na te jego cechy, które predysponują go do prezydentury oraz w jasny i przejrzysty sposób ukazał wady jego republikańskiego rywala. Barack Obama otrzymał od człowieka, który – jak pisze felietonista Guardiana – był mistrzem politycznych kampanii drugiej połowy ubiegłego wieku, nie tylko mocne wsparcie, ale również darmowy poradnik jak wygrać wybory prezydenckie.

Konwencja Demokratów w Denver
Konwencja Demokratów w Denver

Od rozentuzjazmowanego tonu zachwytów i pochwał odbiega, i to w zdecydowany sposób, krytyczny komentarz opublikowany w The Telegraph. Toby Hardnen pisze w nim, że dzień, w którym Obama został oficjalnie nominowany – jako pierwszy ciemnoskóry kandydat liczącej się partii – na prezydenta USA, został mu niejako skradziony przez państwa Clinton. Brytyjski dziennikarz uważa, iż sam wybór przez aklamację był niefortunnym – dla Obamy – wydarzeniem, które miało sprawić wrażenie, jakby nominacja (dzielnie przez niego wywalczona w ciężkich, paromiesięcznych bojach) została mu podarowana przez Hillary. Zebrani w Pepsi Centrum ludzie wiwatowali – owszem – ale nie na cześć Baracka Obamy, tylko na cześć państwa Clinton. Sam kandydat, o zgrozo, pojawił się w sali dopiero wtedy, kiedy owacyjnie żegnane małżeństwo opuściło miejsce wydarzeń. Wygląda to, jakby Obama bał się spotkania z Billem i Hillary – konkluduje Toby Hardnen, po czym dodaje, że dopiero teraz rozpoczyna się jego (Obamy) prawdziwy show – trochę późno, ale nadal jest wystarczająco dużo czasu na to, aby przekonać się jakim – tak naprawdę – jest on politykiem.

 

Maciej Lewandowski

 
Podobne:
sobota, 30 sierpnia 2008
DENVER - DZIEŃ CZWARTY

Jak już pisaliśmy, w ostatnim czasie Republikanie starają się przypiąć Barackowi Obamie łatkę celebryty, który bardziej niż mężów stanu, przypomina medialne gwiazdki. Demokratyczny nominat broni się przed tym ze wszystkich sił, ale czwartego dnia konwencji pod pewnymi względami faktycznie zachowywał się jak gwiazda muzyki. Po pierwsze, wystąpił na wielkim stadionie - konwencja przeniosła się bowiem z hali Pepsi Center na używany na co dzień do rozgrywania meczów futbolu amerykańskiego obiekt Invesco Field. Po drugie, zaprosił wiele innych gwiazd - politycznych i muzycznych. Wśród tych ostatnich byli m.in. Stevie Wonder i Sheryl Crow.

Obama przez całą kampanię usilnie unikał motywów rasowych i bardzo starał się nie mówić o sobie jako o pierwszym czarnym Amerykaninie z realnymi szansami na prezydenturę. W czwartkowe popołudnie ten rygor został na chwilę poluzowany i krótkie przemówienie wygłosił Martin Luther King III, najstarszy syn zamordowanego 40 lat temu lidera ruchu na rzecz równouprawnienia czarnych. Powiedział, że gdyby Obama wygrał w tych wyborach, ziściłby się ów legendarny już sen, o którym jego ojciec mówił w swym słynnym przemówieniu w Waszyngtonie.

Największą polityczną gwiazdą dnia, oczywiście oprócz samego Obamy, był Al Gore - wiceprezydent u boku Billa Clintona i laureat ubiegłorocznej Pokojowej Nagrody Nobla, uhonorowany nią w uznaniu jego wkładu za walkę z globalnym ociepleniem. Ale dla twardego, demokratycznego elektoratu, Gore jest kimś znacznie więcej. Jest ucieleśnieniem toczonej przez jeszcze ponad 6 tygodni po wyborach walki o prezydenturę, jaka rozegrała się w roku 2000 między nim a George'em W. Bushem. Walki zakończonej wyrokiem sądu - zdaniem Demokratów zdominowanego przez Republikanów, którzy w ten sposób ukradli ich partii zwycięstwo. Żaden przegrany kandydat nie był nigdy tak blisko osiągnięcia celu jak on. 

Można było odnieść wrażenie, że Gore jest pierwszym z kluczowych mówców tej konwencji, któremu bardziej zależy na przekazaniu czegoś istotnego niż na wzbudzenia zachwytu publiki. Na tle innych, mówił może mniej efektownie, miejscami nieco trudniejszym językiem, ale jego przemówienie mogło przypaść do gustu zwłaszcza elitom demokratycznego elektoratu - liberalnej inteligencji. 

Nie było chyba wielkim zaskoczeniem, że wiele miejsca poświęcił kwestiom ekologicznym. Zwracał uwagę również na pozaprzyrodnicze aspekty zmian klimatycznych, jak chociażby napływ nowych fali uchodźców, których kolejne klęski żywiołowe zmuszą do opuszczenia domów. Stwierdził, że aby zacząć walczyć z tym kryzysem, brakuje już tylko jednego - prezydenta, który chciałby to zrobić. Nie mógł się powstrzymać od małej, prywatnej vendetty i wyliczył najbardziej niepopularne posunięcia Busha zaznaczając, że gdyby to on wygrał osiem lat temu, historia potoczyłaby się zupełnie inaczej. Postawił McCainowi prosty zarzut: jego zdaniem zapowiada się, że senator z Arizony będzie kontynuuował politykę obecnego prezydenta. Było to już kolejne przemówienie, w którym Demokraci starali się wrzucić Busha, Cheneya i McCaina do jednego worka. W środę John Kerry i Joe Biden nawet przejęzyczyli się (trudno powiedzieć, na ile celowo), myląc nazwiska prezydenta i republikańskiego kandydata. 

A potem wreszcie nadszedł kulminacyjny moment całej konwencji - acceptance speech -  przemówienie, w którym wybrany przez partię kandydat oficjalnie przyjmuje nominację, przedstawia swój program i inauguruje finałową fazę swej kampanii wyborczej. 

Jak przystało na kandydata partii opozycyjnej, Obama mocno zaatakował urzędującego prezydenta i popieranego przez niego kandydata. Wiele miejsca poświęcił zwalnianym robotnikom, rodzinom żołnierzy i innym grupom z którymi - jego zdaniem - Republikanie w ogóle się nie liczą. Powiedział, że docenia zasługi McCaina jako żołnierza (sztab Republikanów odwzajemnił ten ukłon, emitując przez kilka godzin po zakończeniu konwencji spoty gratulujące Obamie nominacji) i nie zarzuca mu, iż nie troszczy się o zwykłych Amerykanów. On po prostu nie ma pojęcia o ich sytuacji, bo sam za klasę średnią uważa osoby zarabiające nawet parę milionów dolarów rocznie.

Gdyby chcieć na podstawie przemówienia Obamy zdefiniować jakoś ową na wpół mityczną zmianę, którą zapowiada, można by ją rozszyfrować jako powrót do wielu dobrze już znanych koncepcji,  w dużej części mających swe korzenie po lewej stronie sceny politycznej. A oto kilka konkretów z jego wystąpienia:

  • reforma systemu podatkowego: zmniejszenie obciążeń słabo zarabiających i małych firm (wg Obamy, obniżki obejmą 95% rodzin); ulgi podatkowe dla firm tworzących miejsca pracy w USA
  • likwidacja podatku od zysków kapitałowych dla małych firm
  • polityka energetyczna mająca w ciągu 10 lat zlikwidować zależność od ropy naftowej z Bliskiego Wschodu; w tym czasie 150 mld dolarów ze środków rządowych zostanie zainwestowane w odnawialne źródła energii; ma to dać 5 milionów nowych miejsc pracy
  • zwiększenie liczby nauczycieli i podniesienie ich płac
  • obniżenie składek zdrowotnych; objęcie ubezpieczeniem zdrowotnym tych, których dziś na to nie stać; większa kontrola postępowania firm ubezpieczeniowych wobec ciężko chorych pacjentów
  • zwiększenie zasiłków chorobowych i rodzinnych
  • zrównanie płac kobiet i mężczyzn
Słuchając tego z najlepszą choćby wolą, część tych postulatów należy uznać za populistyczne i nieco oderwane od realiów. Kwestie ubezpieczeń zdrowotnych czy emerytalnych są w USA w ogromnej części oddane w gestię sektora prywatnego, na który prezydent może oddziaływać co najwyżej pośrednio, poprzez propozycje zmian w ustawodawstwie i akty wykonawcze. Aby nie dopuścić do powstania wrażenia, że jego program można streścić w haśle państwo zrobi wszystko za ciebie, Obama zastrzegł zaraz, że nawet najlepsze programy edukacyjne nie zastąpią rodzicielskiej troski, a polityka energetyczna nie odniesie sukcesu, póki ludzi nie zaczną oszczędzać jej zasobów we własnych domach. 

Część poświęconą polityce zagranicznej i obronnej zaczął od zapewnienia, że jest gotów do debaty na temat zdolności obu kandydatów do objęcia roli Naczelnego Wodza. Po raz kolejny zaatakował rywala: John McCain mówi, że będzie ścigał bin Ladena choćby do bram piekieł. Ale tak naprawdę nie dojdzie za nim nawet do jaskini, w której się chowa. Przywołał wymieniany już na tej konwencji argument za wyjściem z Iraku: gdy rząd w Bagdadzie cieszy się sporą nadwyżką budżetową, Ameryka tonie w deficycie. Stwierdził, że jest gotowy na debatę z McCainem, ale nie akceptuje sposobu prowadzenia kampanii, w której podważa się nawzajem swój patriotyzm.

Jak Republikanie odpowiedzą na ostatni tydzień ataków? O tym przekonamy się już za kilka dni, gdy w Saint Paul w Minnesocie zbierze się ich konwencja. Codzienne relacje na naszym blogu będą ukazywać się w każdy wieczór od wtorku do piątku. Już teraz zapraszamy do lektury!

 Jarosław Błaszczak

Podobne:
piątek, 29 sierpnia 2008
SARAH PALIN WICEPREZYDENTKĄ JOHNA MCCAINA

Konwencja wyborcza Demokratów zdominowała media, ale to nie oznacza, że kandydat Republikanów John McCain usunął się w cień. Dzisiaj ogłosił, że wiceprezydentem w przypadku jego wygranej zostanie Sarah Palin - gubernatorka Alaski. Trudno jest  przypuszczać, żeby był to przypadek, że na ogłoszenie tej decyzji wybrał akurat dzień, w którym Obama odebrał nominację swojej partii. W ten sposób kandydat Republikanów chciał odwrócić uwagę  rodaków od show przygotowanego przez Partię Demokratyczną i przypomnieć im o atutach własnej kandydatury.

Jak widać jednym z magnesów przyciągających do niego wyborców ma być odnosząca sukcesy kobieta na stanowisku wiceprezydenta. Jest to ukłon nie tylko w stronę kobiecego elektoratu, ale także wobec zwolenników większego udziału we władzy innych grup społecznych niż biali mężczyźni. Poniżej przypominamy to co o Palin, wówczas potencjalnej  republikańskiej kandydatce na wiceprezydenta, pisaliśmy kilka tygodni temu:

Sarah Palin
Sarah Palin

Czarnym koniem może okazać się gubernatorka Alaski, Sarah Palin. Na jej korzyść przemawia wiek (zaledwie 44 lata), atrakcyjny wygląd, medialność, fakt że jest kobietą oraz przede wszystkim niezwykle korzystne rankingi popularności - w jej rodzinnym stanie cieszy się sympatią ok. 85% wyborców. Problemem byłoby jednak przełożenie tego poparcia z tradycyjnie republikańskiej Alaski na inne regiony kraju.

 

Ewa Dryjańska

 

Podobne:

czwartek, 28 sierpnia 2008
DENVER - DZIEŃ TRZECI

Zacznijmy od formalności. Głównym punktem popołudniowej (trwającej od 15:00 do 19:00 czasu lokalnego) sesji trzeciego dnia obrad konwencji w Denver było dokonanie tego, co oficjalnie stanowi najważniejsze zadanie całej imprezy - wyboru nominata partii na stanowisko prezydenta USA i jego zastępcy. Zgłoszono dwoje kandydatów - Baracka Obamę i Hillary Clinton. Wynik był z góry przesądzony, ponieważ delegaci poszczególnych stanów są związani instrukcjami wyborców wyrażonymi podczas prawyborów, a w tych Obama wygrał i zebrał wymaganą większość głosów.

Początkowo procedura przebiegała zgodnie z uświęconym latami tradycji zwyczajem. Sekretarz Komitetu Krajowego partii, Alice Travis Germond, pytała z mównicy delegacje kolejnych stanów, jak głosują (możliwy był podział ich głosów). Stany wywoływane były w kolejności alfabetycznej, począwszy od Alabamy. Następnie przewodniczący stanowych delegacji ogłaszali werdykt, okraszając go obficie zachwytami nad wspaniałością własnego stanu oraz mądrością tamtejszych demokratycznych przywódców. Tak było aż do stanu Nowy Meksyk. Gdy przyszła kolej na Nowy Jork, na sali pojawiła się reprezentująca w parlamencie tenże stan senator Clinton. W asyście chroniących ją agentów Secret Service przedarła się przez tłum do nowojorskiej delegacji, a następnie przez mikrofon jej przewodniczącego złożyła wniosek o przerwanie głosowania i udzielenia Obamie nominacji przez aklamację. Może sposób wyreżyserowania tej sceny nie był zbyt finezyjny, ale chodziło o wysłanie kolejnego sygnału, że partia jest zjednoczona. Wniosek został oczywiście przyjęty. Nieco później, również przez aklamację, nominację wiceprezydencką uzyskał Joe Biden.

Wieczorem przyszedł czas na polityków przywołujących wspomnienie poprzedniej demokratycznej administracji, działającej pod wodzą Billa Clintona w latach 1993-2001. Najpierw wystąpiła Madeleine Albright, pierwsza w historii kobieta stojąca na czele amerykańskiej dyplomacji, będąca jedną z głównych twarzy clintonowskiej polityki zagranicznej.

 
W przemówieniu Albright starała się uzasadnić hasło przewodnie tego dnia konwencji - Silniejsze sojusze, silniejsza Ameryka. Odwołując się do swej młodości spędzonej w Denver, pani sekretarz wspominała, jak kiedyś dostała szkolną nagrodę za wyrecytowanie nazw wszystkich członków ONZ. A było ich wówczas... 51. Od tego czasu świat się zmienił. Zaatakowała politykę zagraniczną Busha mówiąc o wojnie w Iraku, że choć była tłumaczona społeczeństwu jako element wojny z terrorem, w praktyce tylko wzmocniła terrorystów, odciągając Amerykę od faktycznej walki z nimi. Ostro zaatakowała kandydata Republikanów, zarzucając mu m.in., iż mylnie sądzi, że wie już wszystko, co prezydent powinien wiedzieć. Odnosząc się do planów Obamy, zapowiedziała, iż będzie on promował demokrację, a nie narzucał ją siłą.
 
Tuż po niej na scenie pojawił się sam Bill Clinton. Można go lubić lub nie, ale trzeba mu oddać, że był jednym z najbardziej medialnych przywódców, jacy przez ostatnie kilkadziesiąt lat przedefilowali przed oczami opinii publicznej. Często bywał jak dobry komik - jego lekki humor podczas publicznych wystąpień wydawał się spontaniczny, choć był efektem wielu lat solidnego treningu. I mimo że od ośmiu lat jest już w zasadzie politycznym emerytem, co najwyżej jednym z duchowych przywódców prawego skrzydła Demokratów, wciąż nie stracił swego scenicznego wdzięku.
 
 
Clinton znalazł się w niewdzięcznej sytuacji, musząc poprzeć niedawnego rywala swej żony. Nie ukrywał tego. To nie mój kandydat wygrał w prawyborach - powiedział na wstępie. Ale zaraz potem dodał, że zgodnie z wtorkową deklaracją swojej żony, zamierza zrobić wszystko, aby Obama wygrał w listopadzie. Wierzy, że tak samo podejdzie do tego 18 milionów osób, które w prawyborach zagłosowało na Hillary. Nie licząc typowo Clintonowskich wstawek półżartem, półserio (jestem tu z dwóch powodów: aby poprzeć Baracka Obamę i aby rozgrzać salę dla Joe Bidena), w głównej części swego wystąpienia nie powiedział niczego rewolucyjnego ani nawet nowego na tej konwencji. Omówił najważniejsze elementy programu Demokratów, a także ostro zaatakował Republikanów. Z pasją argumentował, że Barack Obama jest właściwym człowiekiem, by wyciągnąć kraj z kłopotów, w jakie wpędziły go lata republikańskiej dominacji nad władzą wykonawczą i ustawodawczą. Trzeba przyznać, że wypadł w tym znacznie bardziej przekonująco niż jego żona dzień wcześniej. Pod koniec odniósł się do zarzutu, że Obama jest zbyt młody i niedoświadczony, by być Naczelnym Wodzem. Przypomniał, że w 1992 dokładnie to samo mówiono o nim.
 
Na sprawach zagranicznych skoncentrował się także John Kerry, który cztery lata temu występował na konwencji w roli głównej, jednak nie zdołał zapobiec reelekcji Busha.
 
 
Przypomniał, że John McCain w 90% głosowań w Senacie opowiadał się za przedłożeniami prezydenckimi. 90% George'a Busha to dla nas za wiele - skomentował. Wyliczył też listę spraw, w których McCain inaczej zagłosował, a co innego mówi teraz jako kandydat. Żartujecie sobie, chłopaki? - zapytał. Zapowiedział, że Obama zamknie więzienie w Guantanamo, uzasadniając to krótko: Stany Zjednoczone Ameryki nie torturują. Stwierdził, że nawet tak potężne państwo jak USA potrzebuje sojuszników.
 
Tradycją konwencji jest, iż trzeci dzień zamyka przemówienie nominata na wiceprezydenta. Zgodnie ze starym zwyczajem, Joe Bidena zapowiedział członek jego najbliższej rodziny. Był nim jego syn Beau, na co dzień prokurator generalny stanu Delaware.
 
 
Zgodnie ze strategią wyborczą Obamy, Biden ma wnosić swoją osobą dwa główne motywy. Było to bardzo wyraźnie widoczne w jego mowie. Po pierwsze, doskonale zna życie białych robotników z przemysłowych stanów, bo sam wychowywał się w biednej rodzinie w Pensylwanii, w dodatku jako dziecko jąkał się i był obiektem kpin kolegów. Dobrze rozumie amerykańską klasę średnią, bo wspólnie z jej przedstawicielami od lat codziennie pokonuje trasę z Waszyngtonu do swego domu w Delaware zwykłym pociągiem. Tu warto wyjaśnić, że zwyczaj ten narodził się w 1972, kiedy wkrótce po wyborze Bidena do Senatu, jego żona i maleńka córka zginęły w wypadku samochodowym, a dwaj synowie zostali ciężko ranni. Senator myślał o rezygnacji, by zająć się dziećmi. Ostatecznie został na Kapitolu, ale co wieczór jeździł pociągiem do ich szpitala.
 
Po drugie, Biden może uchodzić wśród amerykańskich polityków za eksperta od polityki zagranicznej. Być może to właśnie dlatego trzeci dzień konwencji poświęcono tej tematyce, aby na jego koniec Biden mógł zabłysnąć z mównicy brzmiącymi całkiem przekonująco rozważaniami o strategii, jaką należy przyjąć w Iraku i Afganistanie. Jego wystąpienie pokazało, że jest także niezłym mówcą - może nie na miarę Billa Clintona czy Baracka Obamy, ale umiejętna modulacja głosu i sugestywna gestukalacja sprawiają, że słucha się go z zainteresowaniem.
 
Dzień zakończył się niespodzianką. Obama po raz kolejny postanowił złamać przyjęte od lat zasady, i zamiast trzymać delegatów w napięciu do samego końca, pojawił się na scenie już trzeciego dnia. Był wyraźnie rozluźniony, chwalił Bidena, dziękował dotychczasowym mówcom. Uzasadnił też, czemu konwencja przenosi się na ostatni dzień z hali Pepsi Center na stadion Invesco Field. Według niego, umożliwi to większej liczbie ludzi wysłuchania jego acceptance speech (mowy, w której oficjalnie przyjmie nominację i przedstawi swój program) na żywo i pokaże, że Partia Demokratyczna jest otwarta na wszystkich.
 
 
Jarosław Błaszczak
 
 
Podobne:
środa, 27 sierpnia 2008
DENVER - DZIEŃ DRUGI

W precyzyjnie rozpisanym ceremoniale amerykańskich konwencji wyborczych, drugi dzień trwającego cztery popołudnia i wieczory spotkania cieszy się stosunkowo najmniejszym zainteresowaniem mediów. Nie oznacza to jednak, że przestaje być w USA newsem nr 1. Po prostu wielkie sieci telewizyjne poświęcają transmisjom z konwencji nieco mniej czasu niż dnia pierwszego albo ostatniego, choć nadal czas ten trzeba liczyć raczej w godzinach niż minutach. Z tego właśnie powodu, program dnia jest często układany tak, aby znalazły się w nim elementy bardzo ważne dla partyjnego aktywu, choć niekoniecznie dla wszystkich wyborców. Często pełni rolę swego rodzaju dnia wewnętrznego pojednania, w którym przegrani kandydaci z prawyborów zapewniają o swej lojalności i poparciu wobec zwycięskiego rywala.

Większość drugiego dnia konwencji w Denver wypełniła cała seria przemówień rozmaitych gubernatorów i innych oficjeli, których nazwiska nic nie mówią większości europejskich obserwatorów tych wyborów, ale cieszą się dużą popularnością w określonych regionach kraju lub frakcjach partii. Pierwszym naprawdę ważnym momentem było wystąpienie Marka Warnera, byłego gubernatora Wirginii, kandydującego w tym roku do Senatu. Przypadł mu zaszczyt wygłoszenia tzw. keynote adress, a więc przemówienia przedstawiającego najważniejsze elementy programu partii w nadchodzących wyborach prezydenckich i parlamentarnych. Warto zapamiętać nazwisko Warnera, pamiętając, że cztery lata temu do tej samej roli wybrany został... Barack Obama.

 
Wygłoszone przez Warnera przemówienie wyraźnie pokazało, że Demokraci wracają w tej kampanii do swoich lewicowych korzeni, często przywołując słynny American Dream - każdy może zostać milionerem albo prezydentem, jeśli państwo stworzy dla niego odpowiednie warunki. Kładą bardzo duży nacisk na pomoc najbiedniejszym i społecznie wykluczonym. Ich zadanie jest tym łatwiejsze, że Republikanie tradycyjnie są partią znacznie bardziej sprzyjającą wielkiemu biznesowi, a takie posunięcia administracji Busha jak objęcie obniżkami podatków głównie najlepiej zarabiających, jeszcze to wrażenie umocniły. Szczególnie dużo mówi się o edukacji i ochronie zdrowia. W USA ubezpieczenia zdrowotne są dobrowolne i wymagają samodzielnego płacenia składek. Według danych podawanych przez Demokratów, obecnie ponad 40 mln obywateli nie może sobie na to pozwolić i jest to zdaniem tej partii sytuacja kryzysowa.
 
Inny mocno eksponowany wątek dotyczy słabego radzenia sobie przez USA z globalizacją. Mimo utrzymywania energochłonnego i niszczącego środowisko modelu gospodarki, amerykańscy robotnicy wciąż tracą miejsca pracy, ponieważ są one przenoszone do innych krajów. Na domiar złego kraj znalazł się w ogromnym deficycie budżetowym i musi zadłużać się w Chinach, co nie służy bezpieczeństwu narodowemu. Podobnie Demokraci oceniają uzależnienie energetyczne od państw arabskich, przede wszystkim Arabii Saudyjskiej.
 
Ale oczywiście to nie Warner miał być największą gwiazdą wieczoru. Ogromna część sali z niecierpliwością czekała na kogoś zupełnie innego. Niektórzy analitycy przestrzegali, że ten punkt konwencji może okazać się dla partii bardzo ryzykowny. Nie jest wielką tajemnicą, że Hillary Clinton bardzo źle zniosła swoją prawyborczą porażkę i długo nie mogła się z niej otrząsnąć. Wielu zadawało sobie pytanie, czy jej wystąpienie zasypie głęboką przepaść, która powstała w pierwszej połowie roku między oboma obozami, czy też tylko ją odnowi i pogłębi, co mogło być dla kampanii Obamy zabójcze.
 
 
Witana żywiołowymi owacjami, przez które przez dłuższą chwilę nie mogła wręcz dojść do słowa, Hillary znalazła chyba złoty środek. Jej trwające blisko pół godziny przemówienie (powyżej prezentujemy je w całości) można podzielić na dwie zasadnicze części. Pierwsza stanowiła podsumowanie jej własnej kampanii prawyborczej i to właśnie ona była tu głównym bohaterem. Przypomniała swój program wyborczy, a także spotkania z wyborcami, które najbardziej zapadły jej w pamięć. Dziękowała za poparcie i za zaangażowanie swojego sztabu i zwolenników.
 
W drugiej połowie swej mowy skupiła się na pełnym pasji uzasadnianiu, dlaczego do Białego Domu powinni wrócić Demokraci. Rozwinęła niektóre tezy programowe przedstawione wcześniej przez Warnera. Z polskiej perspektywy ważne jest, że wśród wyzwań na arenie międzynarodowej, na jednym oddechu wymieniła nie tylko sytuację w Iraku i Iranie, ale także Gruzję i Putina. Dużo miejsca poświęciła równouprawnieniu kobiet, co było silnym ukłonem w stronę mocno popierającego ją w prawyborach żeńskiego elektratu.
 
Stosunkowo mało mówiła o głównym bohaterze całej konwencji, który odebrał jej nominację, jeszcze półtora roku temu uważaną za niemal pewną. Operując żargonem sportowym, zaliczyła jedynie krótki program obowiązkowy. Kilkakrotnie zapewniła o swym poparciu dla Obamy, w kilku zdaniach odniosła się bardzo ciepło do jego biografii i haseł wyborczych, skomplementowała też obecnych na sali żonę Obamy, jego kandydata na wiceprezydenta Joe Bidena oraz jego małżonkę. Zapytała też retorycznie, czy ludzie zaangażowali się w tę kampanię dla niej osobiście, czy dla programu, który lansują Demokraci. Oby większość działaczy i wyborców wybrała tę drugą odpowiedź.
 
 
Jarosław Błaszczak
 
 
Podobne:
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9

O NAS

Kontakt/Współpraca


Creative Commons License
Teksty są dostępne
na licencji Creative Commons
Uznanie autorstwa 2.5 Polska
.

Tłumacz z nami
WE the Media (2004) -
słynny manifest dziennikarstwa obywatelskiego Dana Gillmora.
Maciej Lewandowski






Powered By
widgetmate.com
Sponsored By
Digital Camera