USA 2008 - wybory prezydenckie w Ameryce. Demokraci i Republikanie. Kandydaci: Barack Obama i John McCain. Informacje, analizy, newsy. Kampania, prawybory, wybory w Ameryce.
wtorek, 30 września 2008
EGZORCYZMY SARY PALIN

Kilka dni temu w internecie zaczęło krążyć nagranie, które stało się kolejną małą sensacją  kampanii wyborczej. Miało ono uderzyć w kandydaturę Sary Palin, osłabiając tym samym szanse  republikańskiego duetu na Biały Dom. Filmik wywołał sporo niezdrowej i mało uzasadnionej ekscytacji - rzeczywista moc jego oddziaływania wydaje się być dużo słabsza niż towarzysząca mu wrzawa medialna. Dlaczego? Otóż o ile filmik może wydać się dość przerażający dla  zlaicyzowanej części demokratycznych wyborców i europejskich obserwatorów nienawykłych do amerykańskiej religijności, o tyle na wyborcach samej Sary Palin nie zrobi on większego wrażenia.

Co bowiem widzimy na filmie? Oto czarnoskóry kenijski biskup zielonoświątkowy Thomas Muthee, założyciel Word of Faith Church, który gościł z wizytą w USA między 11 a 16 października 2005 roku odprawia egzorcyzm (choć bardziej by chyba wypadało powiedzieć, że modli się) nad właśnie ubiegającą się o urząd gubernatorski Alaski Sarą Palin. Scena pełna jest przemawiania językami, elementów transowych itd. Niestety dla tych, którzy chcieli wykorzystać ten filmik politycznie mam złą wiadomość. Zupełnie nie ma on mocy gdyż dla wspólnot zielonoświątkowych trans Ducha Świętego i przemawianie językami są rzeczami zupełnie normalnymi.

John McCain i Sarah Palin
Nagranie nie powinno zmniejszyć szans republikańskiego duetu w listopadowych wyborach

 

W samych tylko Stanach Zjednoczonych żyje ponad 20 mln wyznawców pentakostalizmu, a Sara Palin zgodnie z tym, co deklarowała wielokrotnie właśnie do zielonoświątkowców ma najbliżej. Najbliżej, gdyż uczęszcza do kilku różnych kościołów ewangelickich i kilka z nich to właśnie zgromadzenia zielonoświątkowe. Warto wiedzieć, że ruch zielonoświątkowy jest jednym z najszybciej rozwijających się wyznań na świecie, a poglądy przez pentakostalistów wyznawane nie są ani szczególnie radykalne ani szczególnie niebezpieczne. Jest to jedno z uznanych powszechnie wyznań, zaś większość jego przekonań podziela przeciętny amerykański ewangelik. Ten filmik nie tylko nie zaszkodzi Sarze Palin, ale może wręcz pomóc zjednując jej jeszcze większą przychylność amerykańskiej religijnej prawicy. Nagranie może również zniwelować straty, do jakich doprowadziło ujawnienie prawdy o nieślubnej ciąży jej siedemnastoletniej córki.

 

Paweł Adamiec

 

Podobne:

poniedziałek, 29 września 2008
GEORGE M. MARSDEN: FUNDAMENTALISM AND AMERICAN CULTURE

Zajmując się tematyką religii w USA trafiłem na wiele interesujących książek. Niektóre były odkrywcze ze względu na ilość ciekawostek, jakie się w nich znajdowały, inne z kolei zawierały wiele trafnych stwierdzeń, które pomogły mi ułożyć sobie w głowie pewne zagadnienia. Książka, którą dzisiaj zdecydowałem się przedstawić po części mieści się w obu tych kategoriach, jednak wartościowa jest przede wszystkim z uwagi na fakt, iż koncentruje się na bardzo wąskim wycinku historii ruchu fundamentalistycznego w USA, analizując jego początki. Dzięki temu książka bardzo dobrze i dokładnie obrazuje mechanizmy, które doprowadziły do pojawienia się samego fundamentalizmu. Ujęciu historycznemu towarzyszy szerszy wgląd w kulturę USA z końca wieku XIX i początku XX, co jest jej dodatkową zaletą.

George M. Marsden: Fundamentalism and American Culture
Fundamentalism and American Culture (I wydanie 1980, II wydanie 2006)
 

Jest to pozycja na tyle interesująca, iż w roku 2006 doczekała się wznowienia po dwudziestu sześciu latach. Nie bez znaczenia oczywiście był tutaj fakt, iż to właśnie w latach '80 religijna prawica zaczęła odgrywać szczególną rolę w amerykańskiej polityce za sprawą Ronalda Reagana i ruchu Moralnej Większości, zaś wraz z początkiem administracji George'a W. Busha powróciła ona do życia politycznego w sposób wcześniej nienotowany. Dlatego też książka została uzupełniona w porównaniu z wcześniejszym wydaniem o kilka rozdziałów odnoszących się do czasów bardziej współczesnych niż dwudziestolecie międzywojenne.

Układ zawartości książki nie jest zaskakujący. Autor wychodzi od analizy zjawisk, które ugruntowały późniejszy fundamentalizm, czyli przede wszystkim od kryzysu wiary i działalności D.L. Moody'ego. W dalszej części wiele uwagi poświęca rewiwalistom, różnicom między millenarystami (premillenarystami i postmillenarystami) oraz roli baconizmu w postrzeganiu roli nauki w zderzeniu z religią, wykładnikiem którego była zwłaszcza wiara w zdrowy rozsądek.

Kolejne rozdziały analizują wiktoriańskie społeczeństwo, dokonującą się transformację kulturalną oraz kluczowe dla ruchu dzieło - The Fundamentals. Cześć trzecia jest głównie historyczna, jednak nie unika szerszej analizy światopoglądowej, analizując kluczowe dla fundamentalistów wydarzenia z lat 1917-1925, zwłaszcza doświadczenie światowej wojny, małpi proces oraz ogromne tąpnięcie światopoglądowe między liberałami i fundamentalistami, jakie było jego wynikiem.

George M. Marsden
George M. Marsden

Szczególnie ciekawe dla czytelnika mniej zafascynowanego historią okażą się dwa ostatnie rozdziały, poświęcone analizie fundamentalizmu jako fenomenu socjologicznego, politycznego, intelektualnego i specyficznego dla kultury amerykańskiej, a także porównaniu ruchu wczesnego fundamentalizmu z lat dwudziestych i współczesnego (do 2005 roku włącznie).

Podsumowując - książka George'a M. Marsdena stanowi świetne studium wczesnego fundamentalizmu, jedynym jej mankamentem jest dość zawiły momentami język i wyszukana stylistyka bynajmniej nie ułatwiające lektury. Mimo tego zdecydowanie polecam ją wszystkim zainteresowanym studiami nad fundamentalizmem oraz amerykańską kulturą.

 
Paweł Adamiec

 

Podobne:

 

niedziela, 28 września 2008
DEBATA: REMIS ZE WSKAZANIEM NA OBAMĘ

To nie był nokaut. To była walka na punkty w której werdykt o zwycięstwie zależał od sędziów, nie od umiejętności zawodników. Za dwa tygodnie pewnie nikt o niej nie będzie pamiętał, ale póki co można powiedziej, że po niej bliżej do Białego Domu jest Barack Obama. Z uwagi na wyrównany poziom – McCain okazał się zaskakująco obeznany w gospodarce, za to Obama w sprawach międzynarodowych – debata nie poprawiła ani nie pogorszyła pozycji żadnego z kandydatów. Remis działa jednak na korzyść Demokraty, który na skutek załamania na Wall Street już wcześniej ponownie wysunął się na prowadzenie. Jeśli sztab Republikanów liczył na odwrócenie niekorzystnej tendencji w sondażach, McCain musiał być w dyskusji stroną atakującą i literalnie zmieść swojego oponenta z powierzchni ziemi. A tak się nie stało.

Barack Obama i John McCain
Barack Obama i John McCain

Obaj kandydaci uciekli się do dobrze znanych i wielokrotnie stosowanych chwytów, mających utrwalić eksponowane motywy ich kampanii. McCain pielęgnował swój wizerunek polityka przekraczającego partyjne podziały – życząc senatorowi Kennedy’emu powrotu do zdrowia, czy wspominając o współpracy z Joe Liebermanem i innymi Demokratami poświęcił więcej czasu opozycji niż politykom z własnej partii. Obama nie mógł powstrzymać się przed porównywaniem rywala z George’em Bushem, wielokrotnie powtarzając, że prezydentura McCaina byłaby przedłużeniem rządów obecnej administracji. Czy któryś z kandydatów zyskał przez to nowych wyborców? Chyba nie, ale taka sytuacja bardziej premiuje Obamę, który utrzymał swoją wcześniejszą przewagę wśród independents. To McCain musiał walczyć o pozyskanie elektoratu, co mu się jednak raczej nie udało.

Na korzyść Obamy przemawiała też różnica stylu między kandydatami. Senator z Illinois zwracał się bezpośrednio do widowni przed telewizorami, gestykulował i zwracał się do rywala po przyjacielsku per John. Tymczasem McCain wpatrywał się wyłącznie w prowadzącego debatę, przerywał konkurentowi, wreszcie mówił o nim w trzeciej osobie senator Obama. Wyglądało to, jakby kandydat Republikanów traktował swojego oponenta protekcjonalnie, z wyższością, wręcz lekceważąco. W porównaniu z bezpośrednim podejściem Obamy, który nie wysyłał w kierunku McCaina żadnych negatywnych fluidów, taki sposób prowadzenia dyskusji nie wystawił najlepszego świadectwa senatorowi z Arizony.

Pierwsza debata prezydencka McCain - Obama (transkrypcja CNN) [1:36:43]

Debata uwidoczniła to, o czym w sumie wspominali eksperci, ale co jakoś nie przebiło się do opinii zagranicznej – jeśli Obama wygra, to w polityce zagranicznej, wbrew oczekiwaniom liberałów i znacznej części Europy, wcale nie będzie aniołkiem. Świadczą o tym wzmianki o schwytaniu i zabiciu bin Ladena, bombardowaniach Pakistanu (tu trochę przeholował, co słusznie mu wytknął McCain – takie rzeczy się robi ale się o nich nie mówi) czy poparciu dla tarczy antyrakietowej. Oczywiście, na potrzeby kampanii mówi się wiele rzeczy, ale nie powinniśmy być zdziwieni jeśli za kadencji Obamy wojska amerykańskie staną w Teheranie lub zaczną zrzucać bomby na upadłe państwa w Afryce. Tym bardziej, że prezydenckie zaplecze intelektualne w dziedzinie polityki zagranicznej zawrze się w osobie Joe Bidena, który, co pokazała jego kariera senacka w czasach Clintona, pacyfistą bynajmniej nie jest.

Wspominałem o tym kiedyś i przypomnę jeszcze raz: polityka zagraniczna Ameryki nie zależy od poglądów takiego czy innego prezydenta. Jest funkcją pozycji, jaką USA mają na arenie międzynarodowej oraz czynników zewnętrznych w rodzaju wzrostu potęgi Rosji bądź Chin, sytuacji na rynkach światowych, intensywności zagrożeń ze strony terrorystów czy broni masowego arażenia i niezliczonej ilości innych rzeczy. A to są sprawy, w których Obama czy McCain naprawdę nie mają wiele do gadania.

Jim Lehrer
Moderator debaty - Jim Lehrer

Na zakończenie refleksja na temat sposobu prowadzenia dyskusji. Moderator (Jim Lehrer z PBS) raczej nie przeszkadzał, pozwalając kandydatom się wygadać. Wielu komentatorów czyniło z tego zarzut, ale moim zdaniem dobrze się stało, że Lehrer usiłował się nie wtrącać, dając przez to gwiazdom wieczoru szansę na rozwinięcie skrzydeł. Publiczność również zachowała odpowiedni dystans, ograniczając się do oklasków na początku i na końcu. W porównaniu z tym, co dzieje się na naszym politycznym poletku, to naprawdę niebo a ziemia – w pamięci mam na przykład zachowanie proplatformerskiej publiczności w czasie debaty Kaczyński-Tusk w zeszłym roku, która ówczesnego premiera po prostu wybuczała. Do osiągnięcia standardyów amerykańskich jeszcze daleka droga.

 
Maciej Józefowicz

 

Podobne:

sobota, 27 września 2008
PRASA BRYTYJSKA O DEBACIE: 1:0 DLA MCCAINA

Zdaniem wielu brytyjskich komentatorów politycznych, zwycięzcą pierwszej debaty prezydenckiej został John McCain. Najważniejszą część tejże debaty – dyskusję na temat amerykańskiej polityki zagranicznej – kandydat Republikanów rozstrzygnął zdecydowanie na swoją korzyść, pomimo paru momentów, w których Obama zagroził wizerunkowi swego przeciwnika. 

Barack Obama i John McCain (fot. Reuters)
Barack Obama i John McCain (fot. Reuters)
 
McCain potrafił wywrzeć na słuchaczach wrażenie kompetentnego i wytrawnego polityka, którego życiowe doświadczenia predysponują do objęcia najważniejszej funkcji w państwie. Potrafił wykorzystać zarówno swoją legendę jeńca wojennego, jak i długoletni staż w Kongresie i Senacie oraz fakt osobistych spotkań z zagranicznymi politykami (Putin) w taki sposób, że zgromadzeni przed telewizorami wyborcy nabrali przekonania, iż Barack Obama to naiwny żółtodziób, nie potrafiący efektywnie przeciwstawić się politycznym kwalifikacjom starego mistrza.

McCain wykazał się dużo lepszą znajomością współczesnej sytuacji międzynarodowej – był zdecydowanie  bardziej przekonujący podczas fragmentów dyskusji dotyczących Iranu, Rosji i niedawnych wydarzeń w Osetii Południowej. Jedynym punktem, w którym zarysowała się zdecydowana przewaga Obamy, była wymiana zdań na temat wojny w Iraku. Jak słusznie zauważył kandydat Demokratów, wojna ta rozpoczęła się w roku 2003 (a nie w 2007 – do którego wciąż odwołuje się McCain), a większość ówczesnych twierdzeń Republikanów (w tym McCaina) okazała się nieprawdziwa.

Fragment debaty: Barack Obama krytykuje Johna McCaina w sprawie Iraku

Niewielką przewagę Obama osiągnął także w pierwszej – nieplanowanej – części dyskusji, dotyczącej najbardziej palącego tematu ostatnich dni – pogłębiającego się kryzysu finansowego i sposobów wyjścia z tego kryzysu. Senator z Chicago – jak można było się domyślać – usilnie starał się powiązać osobę McCaina z katastroficzną sytuacją gospodarczą, za którą – rzecz jasna – odpowiedzialni są, jego zdaniem: Bush i Republikanie. Ten fragment debaty przedłużył się do około pół godziny, lecz nie wniósł – w opinii obserwatorów – nic nowego ani do dyskusji nad obecną sytuacją ekonomiczną, ani do wizerunku obu kandydatów oraz ich potencjalnych decyzji politycznych i gospodarczych w przypadku wygrania wyborów.

Większa część komentatorów z Wysp zgadza się co do tego, iż medialny wizerunek Obamy – zdecydowanie zmieniony na potrzeby debaty – pozostawił na odbiorcach lepsze wrażenie niż postawa McCaina. Ciemnoskóry senator zwracał się bezpośrednio do swego rozmówcy, patrzał ze spokojem i pewnością siebie w kierunku McCaina lub prosto w obiektyw kamery, a na pytania odpowiadał zwięźle, krótko i prostymi zdaniami. Republikanin natomiast reprezentował sobą, jak zaobserwował korespondent Guardiana, polityka starej szkoły, niezbyt obytego z telewizyjnymi przedstawieniami, tradycjonalisty. Postawa taka mogła być celowo zasugerowana McCainowi przez jego doradców – tak, aby jeszcze bardziej podkreślić kontrast pomiędzy jego doświadczeniem, a naiwną młodzieńczością Obamy. Tak więc dla konserwatywnych wyborców amerykańskich, przedkładających tradycyjne wartości i postawy ponad konieczność dostosowania się do wymogów współczesnego świata medialnych fajerwerków, wizerunek McCaina był z pewnością kolejnym krokiem ku zwycięstwu – w debacie i – konsekwentnie – w całych wyborach.

Ron Fournier, Associated Press: wyborcy nie będą kierować się
stanowiskami kandydatów w poszczególnych kwestiach,
ponieważ liczyć się będzie przekonanie, że kandydat będzie dobrym przywódcą
 

Tak prostemu scenariuszowi przeciwstawia się jednak cytowany już przeze mnie Richard Adams z brytyjskiego Guardiana, który twierdzi, iż wyniki debat prezydenckich w Stanach Zjednoczonych nie mają rzeczywistego wpływu na wyniki wyborów, a ponadto jeżeli wyborcy mieliby sugerować się tym, kto lepiej wypadł w bezpośrednich dyskusjach – nominację Partii Demokratycznej powinna otrzymać Hillary Clinton, a nie Barack Obama.

 
Maciej Lewandowski, Szkocja
 
 
piątek, 26 września 2008
BARBARA VICTOR: THE LAST CRUSADE, RELIGION AND POLITICS OF MISDIRECTION

Kiedy patrzy się na książkę Pani Victor, pierwsze co zwraca uwagę to fantastycznie dobrana okładka, która w połączeniu z tytułem i podtytułem już sama w sobie jasno formułuje przesłanie publikacji.

 

The Last Crusade, Religion and the Politics of Misdirection
Okładka książki Barbary Victor: The Last Crusade, Religion and the Politics of Misdirection

 

Barbara Victor George'a W. Busha nie lubi ... Poważnie zaniepokojona jest jego polityką oraz jego związkami z chrześcijańskimi radykałami zaś większą część swej uwagi poświęca zagadnieniom wojny w Iraku i stosunkom USA – Izrael. Udowadnia, iż zarówno wojna jak i specjalne relacje łączące te dwa państwa są w znacznej mierze inspirowane przez potężny ewangelicki ruch religijny skupiający w USA ok. 80 mln ludzi. Bez wątpienia Barbara Victor należy do tych osób, które specyfikę bliskowschodnią zdołały poznać niezwykle dogłębnie. Autorka przez piętnaście lat pracowała jako korespondentka z Bliskiego Wschodu dla stacji CBS, napisała wiele innych książek (między innymi biografię Hanana Ashrawi nominowaną do nagrody Pulitzera w roku 1995) traktujących o problemach Bliskiego Wschodu.

 

Książka utrzymana jest w dobrym i lekkim stylu, bardziej publicystycznym niż naukowym. Zawiera sporo wywiadów i wypowiedzi zwykłych ludzi, które niejednokrotnie trafniej ujmują zagadnienie niż wyszukane analizy.

 

Książka podzielona jest na trzy części. Pierwsza z nich analizuje narodziny ruchu ewangelickiego, a raczej jego drogę ku potędze, dlatego iż autorka bardzo wyraźnie stara się skupiać przede wszystkim na wydarzeniach w miarę współczesnych. Rozdział ten daje świetny wgląd w fundamentalistyczną mentalność, obrazując jej potencjalnie groźny fanatyzm. Nie sposób po tej lekturze mieć wątpliwości, że przynajmniej znaczna część amerykańskich ewangelików wierzy w nadchodzący koniec świata w sposób tak dosłowny, iż może swój w nim udział poczytać jako misję dziejową. Ludzie ci przekonani są, iż Jezus jest ich osobistym przyjacielem i utrzymują z całą powagą, iż są po stronie Boga, podobnie jak całe Stany Zjednoczone. Uważając się za naród wybrany ci, najczęściej, ewangeliccy republikanie starają się pomagać innemu wybranemu narodowi, zamieszkującemu Izrael.

 

 

Barbara Victor
Barbara Victor

 

Cała część druga książki poświęcona jest tym szczególnym relacjom, które ciągle są zacieśniane ku obopólnemu zadowoleniu i niejednokrotnie miały decydujący wpływ nie tylko na  stosunki dwustronne i cała politykę bliskowschodnią, ale wręcz przeważały szalę w kolejnych wyborach prezydenckich od czasów Jimmy'ego Cartera włącznie. Tytuł części trzeciej, The Jesus Factor, wyraźnie nawiązuje do świetnego filmu dokumentalnego z roku 2004 obrazującego związki między religijnością George'a W. Busha a jego polityką w różnych sferach.

 

Reasumując, trzeba stwierdzić, że pisząc swoją książkę Barbara Victor stanęła na wysokości zadania. Stworzyła publikację, którą łatwo się czyta, jednocześnie dość dobrze udokumentowaną (ale tutaj daleko jest do ideału), stawiającą jasne tezy i starającą się je udowodnić. Niestety ta ostatnia zaleta jest też do pewnego stopnia wadą, gdyż książce brakuje kompleksowości w ujęciu tematu, przez co po jej lekturze można wyłącznie skrzywić sobie całościowy obraz skomplikowanych relacji między religią i polityką w USA. Książka jest zdecydowanie warta polecenia, jednak powinna być traktowana jako ciekawe uzupełnienie wiedzy czerpanych z innych publikacji.

 

Paweł Adamiec

 

 

Podobne:

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7

O NAS

Kontakt/Współpraca


Creative Commons License
Teksty są dostępne
na licencji Creative Commons
Uznanie autorstwa 2.5 Polska
.

Tłumacz z nami
WE the Media (2004) -
słynny manifest dziennikarstwa obywatelskiego Dana Gillmora.
Maciej Lewandowski






Powered By
widgetmate.com
Sponsored By
Digital Camera