USA 2008 - wybory prezydenckie w Ameryce. Demokraci i Republikanie. Kandydaci: Barack Obama i John McCain. Informacje, analizy, newsy. Kampania, prawybory, wybory w Ameryce.
czwartek, 29 stycznia 2009
DLACZEGO OBAMA WYCOFA WOJSKA Z IRAKU? - część I
Kiedy niedługo po zwycięstwie Obamy w wyborach prezydenckich zastanawiałem się, jaka może być realnie jego polityka, wielu akcentowało fakt, iż mój optymizm dotyczący obietnic prezydenta elekta w sprawie wycofania się z Iraku może być przedwczesny. W tekście tym postaram się lekko odgrzać irackiego kotleta, który ostatnimi czasy znikł z pola bacznej uwagi obserwatorów zastąpiony przez święta, problemy w Gazie, "wojnę" gazową itp. Do zapoznania się z tekstem zachęcam szczególnie tych, którym wydaje się, iż sytuacja w Iraku jest patowa. Mogą dość się jeszcze zdziwić.

Okazuje się, że uwadze komentatorów umknęło co nieco, a mianowicie nie odnotowali faktu, iż przez ostatni rok sytuacja w Iraku zmieniła się zdecydowanie na korzyść sił koalicji. Mówiąc wprost - USA są na najlepszej drodze, aby wygrać wojnę w Iraku, a decyzja o wycofaniu wojsk nie jest abstrakcją, lecz naturalną konsekwencją procesu stabilizacji, który w Iraku ostatnio nabrał konkretnego tempa. Widać to przede wszystkim, gdy przyjrzymy się danym dotyczącym poziomu bezpieczeństwa.

Irak
Dwóch mężczyzn czeka na przyjęcie w szeregi irackiej policji. Faludża czerwiec 2007

Prawda jest taka, że pod koniec roku 2008 jeśli chodzi o liczbę incydentów godzących w bezpieczeństwo, sytuacja powróciła do stanu z okresu zaraz po interwencji wojsk koalicyjnych, czyli jest najlepsza od ponad czterech lat. Według danych za wrzesień 2008 średnio notowano niewiele ponad dwieście incydentów tygodniowo, dla porównania - gdy sytuacja była szczególnie zaogniona w pierwszej połowie roku 2007 tygodniowo notowano podobnych incydentów średnio 1300, do prawie 1600 w czerwcu 2007. Dane powyższe uwzględniają cztery składowe. Po pierwsze ilość ataków przeciwko infrastrukturze i rządowi irackiemu, po drugie ilość znalezionych i zdetonowanych ładunków wybuchowych, min pułapek etc. po trzecie wszelkie małe ataki zbrojne na wojska koalicyjne, czyli np. ostrzał snajperski, ataki z zasadzek na konwoje itp. no i po czwarte ataki moździerzowe i za pomocą rakiet.

Gdy przyjrzymy się tym danym okazuje się, że w każdym okresie lwia część incydentów przypadała na kategorię drugą czyli miny i ładunki wybuchowe, jednak widać tutaj znaczny postęp. Dane jasno wskazują, że dotychczas realizowana polityka okazała się skuteczna na tyle, że Obama faktycznie będzie mógł myśleć o wycofaniu wojsk pozostawiając Irak w rękach samych Irakijczyków. Ciągle duża ilość min i ładunków wybuchowych to z jednej strony efekt wojny, z drugiej zaś skutek działalności grup terrorystycznych, jednak widać wyraźnie, iż siła tych ostatnich zmniejsza się dość sukcesywnie z miesiąca na miesiąc, zwłaszcza po marcowych ofensywach w Basrze i Sadr City. Okazuje się, że w chwili obecnej siły terrorystów znajdują się w odwrocie na pełnej linii. Terroryści zostali w znacznej części odcięci od zaopatrzenia, tracą zwolenników i możliwość skutecznego działania. Niezwykle kiedyś popularne bezpośrednie ataki na siły koalicyjne za pomocą rakiet, zasadzek i snajperów praktycznie już nie mają miejsca. Podczas gdy w pierwszej połowie roku 2007 dochodziło do około 200 ataków rakietowych i 400 małych ataków bezpośrednich tygodniowo, teraz jest to już zaledwie kilkanaście ataków. Pod tym względem sytuacja wygląda zdecydowanie lepiej niż kiedykolwiek od czasów początku interwencji.

Można oczywiście powiedzieć, że Irak w dalszym ciągu daleko ma do stabilizacji i jest to prawda, jednak poprawy sytuacji bezpieczeństwa nie sposób nie zauważyć skoro nagle w perspektywie półtorej roku widać redukcję możliwości operacyjnych rebeliantów o kilkaset procent. Czas na kolejne dane. Wielokrotnie pojawiały się zarzuty mówiące o tym, ze działania amerykańskie powodują ogromne straty wśród irackich cywili, cytowano też zupełnie absurdalne dane wliczające w straty ilość zmarłych np. z powodu chorób itd. co ogólnie windowało rzekome straty do wartości podawanych w setkach tysięcy ofiar. Jeśli zająć się tylko faktycznymi ofiarami cywilnymi, które przyniosła wojna na skutek działalności obu stron, to okaże się, że wraz ze spadkiem liczby ataków zdecydowanie spadła też liczba cywilnych ofiar i to niezależnie czy uwzględni się w zestawieniach dane koalicyjne czy też irackie.

Podczas gdy pod koniec roku 2006 i na początku 2007 źródła irackie mówiły o około 3,5-4 tysiącach ofiar miesięcznie (a źródła koalicji o odpowiednio 1,3-1,5 tysiąca), to według danych z końcówki roku 2008 miesięcznie ofiar cywilnych było około 500 (lub około 400 według danych koalicyjnych) miesięcznie. Widać tutaj dwie tendencje. Po pierwsze ilość ofiar cywilnych spadła o kilkaset procent, po drugie raporty zaczęły być coraz bardziej zbliżone - podobne wartości statystyki miały w styczniu roku 2006, przy czym wtedy widać było pikujący trend wzrostowy, a teraz widać co najmniej stabilizację.

Irak

Jak to możliwe? Stał się jakiś cud? Nie. Wreszcie uwidoczniła się bezwzględna przewaga amerykańska jeśli chodzi o zaopatrzenie, taktykę, sprzęt i logistykę operacji. Wyciągnięto też szereg konstruktywnych wniosków z dotychczasowych porażek przeprowadzając kilka zakrojonych na szeroką skalę operacji w najważniejszych ośrodkach oporu. W samym tylko Bagdadzie przechwycono z rąk rebeliantów 2000 rakiet i 7500 pocisków artyleryjskich i moździerzowych. Dawne magazyny broni armii irackiej z których garściami czerpali rebelianci teraz świecą pustkami. Umacnia się rząd i iracka armia, odbudowuje się administracja sami zaś Amerykanie wraz ze zmianą prezydenta zaczynają na poważnie myśleć o wycofaniu się do domu. Jednym słowem wszystko co mogło sprzysięgło się przeciwko ekstremistom godzącym w legalne irackie władze, tracą też oni poparcie wśród ludności, ponieważ ich działania powodowały ogromną ilość strat wśród cywili. Już teraz np. w kobiecych oddziałach irackiej policji większość (75%) stanowią wdowy ochotniczki po mężach policjantach zabitych w atakach.

Nie należy zapominać, że element wendetty (rozumianej teraz jako współpraca z legalnym rządem na pohybel ekstremistom) w zamian za śmierć najbliższych w tamtejszej kulturze nie wybiera i dotyczy tak ofiar powodowanych przez wojska koalicji jak i tych zabitych w wyniku działań rebeliantów. Tych drugich zawsze było więcej, zwłaszcza gdy porówna się dane zestawiające ilość ofiar cywilnych ze stratami powodowanymi przez rebelianckie ataki z dwóch powodów. Po pierwsze zawsze więcej niż żołnierzy koalicji ginęło funkcjonariuszy irackich. Oczywiście jasnym jest, że rebelianci postrzegali ich jako kolaborantów, jednak nie zmienia to faktu, że były to ofiary miejscowe mające rodziny gotowe ich pomścić. Podczas gdy w szczytowo nieprzyjaznym dla sił koalicji maju 2007 zginęło ponad 150 żołnierzy wojsk koalicyjnych, to w tym samym czasie zabito prawie 250 funkcjonariuszy sił irackich (a nie był to rekord, zdarzało się że miesięcznie ginęło ich ponad 300).

Paweł Adamiec

 

środa, 28 stycznia 2009
WIELKIE PIENIĄDZE ZA INAUGURACJĘ
Podczas gdy najważniejsze gałęzie światowej gospodarki pogrążone są w głębokim kryzysie, to – jak zauważa Socialistworker jedna z nich umiejscowiona w Waszyngtonie i produkująca towar pod nazwą Ceremonia inauguracyjna Baracka Obamy, wykazuje (w każdym razie wykazywała do 20 stycznia) ogromną tendencję wzrostową. Wpompowane w nią kilkadziesiąt milionów dolarów wywołuje szczere oburzenie nie tylko wśród zdecydowanie lewicowo nastawionej części społeczeństwa – głosy krytyczne pojawiają się od pewnego czasu ze wszystkich stron. Co prawda nawoływanie do całkowitej rezygnacji z wtorkowych igrzysk i przeznaczenia zgromadzonych pieniędzy np. na pomoc dla głodującej Afryki, wydaje się  propozycją nieco demagogiczną to jednak po człowieku, którego głównym hasłem kampanii była obietnica zmiany, można było spodziewać się innego rozpoczęcia okresu sprawowania rządów.

Krytyce poddawana jest nie tylko sama idea hucznych obchodów początku prezydentury, ale również – w dużo większym stopniu – sposób, w jaki gromadzone zostały fundusze na nią przeznaczone, a także kwestia finansowania całej przedwyborczej kampanii Obamy. Według raportu niezależnego instytutu amerykańskiego The Campaign Finance Institute  (co ciekawe, prawie niezauważonego przez mainstreamowe media) okazuje się, że procentowy udział osób wspierających jego kampanię kwotami poniżej 200 dolarów jest o wiele niższy, niż oficjalnie podawana przez sztab wyborczy liczba ponad 50% i – co chyba najważniejsze – niewiele różni się od podobnego wskaźnika dotyczącego finansowania drugiej kampanii wyborczej Georga W. Busha. Wniosek jest prosty: Obama miał takie samo wsparcie małych ofiarodawców, jak jego poprzednik – Bush. Change you can believe in?

dolary

Powszechnie twierdzi się, że głównymi winowajcami (a jednocześnie pierwszymi ofiarami) obecnego kryzysu są instytucje finansowe, głównie firmy z Wall Street. Nie przeszkodziło im to jednak, w każdym razie wielu członkom ich zarządów, w hojnym sponsorowaniu ceremonii inauguracyjnych nowego prezydenta. Jak podaje USA Today, ponad 7 milionów dolarów (czyli 1/5 całej zebranej sumy) pochodzi od ofiarodawców będących związanych z instytucjami finansowymi, ubezpieczeniowymi i rynkiem nieruchomości. Co więcej według analizy Washington Post wskutek legislacyjnych zabiegów sztabu Obamy, zakazujących przyjmowania dotacji od korporacji, lobbystów, związków zawodowych i firm prawniczych, głównymi sponsorami stali się  właściciele i członkowie zarządów wspomnianych instytucji (podczas gdy w poprzednich latach byli to raczej ich szeregowi pracownicy). Wśród najhojniejszych ofiarodawców wymieniani są między innymi dyrektorzy firm, które otrzymały wielomiliardową pomoc antykryzysową od rządu federalnego lub starają się o nią.

Zdaniem niezależnego Center for Responsive Politics, regulacje prawne zakazujące przyjmowania datków od korporacji są tylko kamuflażem. Sztab prezydencki, zezwalając na dotacje pochodzące od właścicieli firm i ich managementu  (wraz z rodzinami), de facto po raz kolejny udostępnił możliwość wykorzystania święta narodowego do korporacyjnej promocji i umocnienia swoich wpływów. Co prawda podczas uroczystości nie było widać reklam i znaków firmowych, jednak łatwo dało się zauważyć osoby jednoznacznie kojarzone z Microsoftem, Googlami, czy Citigroup. Jak pisze Sheila Krumholz, szefowa CRP: If history is any guide, these wealthy individuals, as well as the corporations and industries they represent, may more than recoup their investment in Obama through presidential appointments, favorable legislation and government contracts. (Jak uczy historia, te bogate osobistości, jak również korporacje przez nie reprezentowane, odbiją sobie z nawiązką inwestycję w Obamę – poprzez stanowiska państwowe, przychylną dla siebie legislację i kontrakty rządowe. tłum. M.L.). Podobne stanowisko tylko w dużo prostszych i dobitniejszych słowach wyraża cytowany przez Socialistworker, Charles Andrews: Corporate interests like these don't care about the making of history when an African American is sworn in as president--they're interested, as Andrews wrote, in "access to the Obama administration, a nice seat at the table." (Korporacje nie zawracają sobie głowy tym, że właśnie tworzy się historia – ich interesuje tylko “dostęp do administracji Obamy i dobre miejsce przy stole”. tłum. M.L.).

Pierwsze dowody tego, że dobrowolne datki traktować można jako kupowanie przywilejów, mieliśmy już podczas samej inauguracji. Podczas gdy lud świętował tłocząc się na oddalonym od głównej sceny National Mall, to najbogatsi dobroczyńcy – w zamian za kilkadziesiąt tysięcy dolarów – otrzymali miejsca siedzące w najbliższym otoczeniu prezydenta oraz możliwość uczestniczenia w różnego rodzaju balach, paradach, ceremoniach i przyjęciach. A to dopiero początek...

Maciej Lewandowski
 
 
poniedziałek, 26 stycznia 2009
OBAMA COFA DECYZJE BUSHA

Nie minął nawet tydzień, a nowy prezydent Stanów Zjednoczonych zdążył już kompletnie zmienić lub odwołać część decyzji swojego poprzednika.

Najgłośniejsza była czwartkowa decyzja Obamy o zamknięciu w ciągu roku więzienia na Guanatanamo, która spotkała się z życzliwym przyjęciem dyplomatów i obrońców praw człowieka na całym świecie. Dla poprzedniej administracji Guantanamo było niezbędnym elementem walki z terroryzmem. Obama postanowił zakończyć jego funkcjonowanie, bo w jego przekonaniu, jak i w przekonaniu wielu innych osób w kraju i za granicą, było sprzeczne z podstawowymi amerykańskimi wartościami i uderzało w wizerunek Ameryki.

Barack Obama

Następnego dnia nowy prezydent wznowił dofinansowywanie ONZ-wskich agend informujących o aborcji za granicą. Przepływ pieniędzy przez wiele lat blokowany był przez poprzednią głowę państwa. Poparł także prawo kobiet do przerywania ciąży.

Dziś natomiast Obama rozpoczął zmiany w polityce klimatycznej Stanów Zjednoczonych. W przeciwieństwie do swoich poprzedników obecna administracja zezwoliła stanom na ustanawianie własnych limitów stężenia dwutlenku węgla w powietrzu. Ale Obama przede wszystkim planuje podjąć działania na szczeblu federalnym: do marca Departament Transportu ma opracować normy zużycia paliwa, które obowiązywać będą w latach 2011-2015. W przeciwieństwie do George'a W. Busha nowy prezydent zamierza podporządkować się ustaleniom protokołu z Kioto.

 

KOMENTARZ

Niezależnie od tego jak bardzo Barack Obama krytykowany był za swoje hasło wyborcze zmiana faktem jest, że jego prezydentura jest realną zmianą w stosunku do kadencji George 'a W. Busha. Politykowi z Illinois zarzucano, że jego slogan wyborczy jest tylko chwytem marketingowym, który bazuje na nastrojach wyborców. Choć trudno jest zaprzeczyć tezie, że sztab Obamy idealnie wstrzelił się w stan emocjonalny społeczeństwa, to trudno zanegować to, że pierwsze decyzje nowego gabinetu świadczą o diametralnej zmianie polityki amerykańskiej w wielu dziedzinach. Pozostaje jedynie pytanie na jak długo nowej administracji starczy pary, by wprowadzać zmiany. Czy będą to reformy czy tylko lifting obliczony na zyskanie społecznego poparcia.

Ewa Dryjańska
 

 
 
PolitykaGlobalna.pl - portal o polityce międzynarodowej

Zapraszamy do nowego serwisu o polityce międzynarodowej - PolitykaGlobalna.pl

 

piątek, 23 stycznia 2009
ZMIANA - ALE CZY DLA BLISKIEGO WSCHODU?

Wczoraj Barack Obama po raz pierwszy jako głowa państwa wypowiedział się w kwestii zakończonej izraelskiej ofensywy w Strefie Gazy. Wezwał Tel Awiw i Hamas do zapewnienia trwałego zawieszenia broni i wyraził współczucie dla cierpiącej ludności cywilnej. Zaapelował do Hamasu o powstrzymanie się od ataków rakietowych, a do Izraela o jak najszybsze wycofanie wojsk ze Strefy  Gazy.

Prezydent USA zapowiedział, że jego gabinet poprze „wiarygodny” system przeciwdziałania przemytowi do palestyńskiej enklawy. Odnosząc się do cierpień ludności cywilnej pozbawionej dachów nad głową, żywności i pomocy medycznej stwierdził, że granice Strefy Gazy powinny być otwarte na pomoc humanitarną, ale „pod właściwą obserwacją”.

Zniszczony sierociniec i meczet w Strefie Gazy
Zniszczony sierociniec i meczet w Strefie Gazy (Rafah). Zdjęcie: International Solidarity Movement

KOMENTARZ

Przez cały okres ofensywy w Strefie Gazy Barack Obama był krytykowany za milczenie w sprawie konfliktu. Wytykano mu, że wcześniej chętnie wypowiadał się na tematy międzynarodowe, podczas gdy w tym wypadku podkreślał, że nie będąc jeszcze prezydentem nie ma zamiaru przeszkadzać obecnej głowie państwa. Wielu komentatorów podejrzewało, że Obama po prostu nie chce narazić się żydowskiemu lobby.

Wczorajsze oświadczenie jest bardzo zachowawcze. Obama nie skrytykował żadnej ze stron konfliktu. Mimo to wydaje się, że słowa o „przeciwdziałaniu przemytowi” i „właściwej obserwacji” granicy bardziej odpowiadają oczekiwaniom strony izraelskiej niż palestyńskiej. Nowy prezydent jest mniej proizraelski niż George W. Bush, ale jego pierwsze oświadczenie w sprawie konfliktu bliskowschodniego wskazuje na to, że ciąży w stronę Tel Awiwu.

Dodatkową komplikacją dla Obamy jest wczorajsze wystąpienie wysłannika Rady Praw Człowieka ONZ na terytoria palestyńskie – Richarda Falka. Podczas wczorajszej telefonicznej konferencji prasowej Falk powiedział, że istnieją dowody zbrodni wojennych dokonanych przez Izrael podczas operacji. Jeśli jego opinia zostanie poparta wynikami niezależnego śledztwa, Obama będzie zmuszony skrytykować Izrael, w innym wypadku znacznie ucierpi na tym jego autorytet w świecie.

Ewa Dryjańska

 

Blog Roku 2008

 

czwartek, 22 stycznia 2009
UNIKNĄĆ ROZCZAROWANIA

Barack Obama oficjalnie zostałprezydentem Stanów Zjednoczonych. Przedwczoraj złożył prezydencką przysięgę i odwiedził kilka bali zorganizowanych na jego cześć. Od dziś nie ma już starego Baracka Obamy. Jest prezydent Obama. Można by rzec - wreszcie.

Dawno żaden prezydent nie obejmował urzędu z tak ogromnym kapitałem politycznym oraz kapitałem zaufania opinii publicznej. Dawno żaden polityk nie budził w kraju i na świecie tak wielkiego entuzjazmu i zainteresowania. Chyba żaden amerykański prezydent w historii nie wzbudzał tak wielkich oczekiwań i nadziei. Młody senator z Chicago wyrósł na gwiazdę swojej partii w roku 2004, a już cztery lata później zdobył jej nominację i wygrał wybory prezydenckie.

Błyskotliwa kariera była możliwa tylko dzięki wielkiej charyzmie oraz rzadkiej umiejętności dobierania sobie świetnych współpracowników - osób kreatywnych, zdolnych i często mądrzejszych od siebie. Obama zachwycił opinię publiczną w Stanach, a media oszalały na jego punkcie. Chwilę później fala obamamanii rozlała się po świecie. W pewnym momencie można było odnieść wrażenie, co celnie zauważył republikański konkurent Obamy-  produkując stosowną reklamówkę telewizyjną - że Obama jest bardziej celebrytą, niż politykiem. Zachwytom mediów nad Obamą nie było końca i nawet głoszący antyamerykańskie hasła pastor Wright nie okazał się kłopotliwym problemem.

Barack Obama
Przedwczorajsza inauguracja była imponująca. Jak zwykle Obama wygłosił  dobre przemówienie. Mnie szczególnie zapadło w pamięć dość banalne stwierdzenie, które w obecnych realiach jest jednak wyjątkowo celne i ważne - Wielkość nie jest dana. Na wielkość trzeba zapracować. Amerykanów i prezydenta Obamę czeka długa i ciężka praca, żeby wyprowadzić kraj na prostą. Festiwal złych lub fatalnych informacji o gospodarce nie chce się skończyć - indeksy giełdowe tracą, produkcja spada, miliony Amerykanów zwolniono z pracy, wielu z nich straciło domy.
 
Oczekiwania wewnętrzne są ogromne, a zagraniczne niewiele mniejsze. Niektórzy chyba naprawdę uwierzyli w to, że Obama zbawi świat, że rozwiąże problemy, które od lat nie mogą zostać rozwiązane. Kapitał polityczny nowy prezydent ma tak wielki, jak nikt w historii. Skala wyzwań jest wręcz przytłaczająca. Obama nie będzie mógł być wszędzie i nie będzie mógł zajmować się wszystkim. Nie starczy mu na to sił, środków i ludzi. Oczywiste jest, że cała masa spraw zejdzie na dalszy plan, a część zostanie odłożona adcalendas graecas.

Tytułowe rozczarowanie może pojawić się bardzo szybko, a kapitał, którym dysponuje Obama, może zmniejszyć się w tempie, w jakim amerykańskie banki traciły na wartości w ostatnich miesiącach. Prezydent, wówczas jeszcze elekt, tonował nadzieje i przebąkiwał o tym, że nie ma mocy cudotwórczych. Już wiemy, że Guantanamo nie zostanie zamknięte błyskawicznie, a wycofanie wojsk z Iraku może zająć więcej niż 16 miesięcy. Już w listopadzie bardziej lewicowo nastawieni Demokraci nie kryli, że słowa i nominacje do administracji Obamy są dla nich zawodem.

Aby uzdrowić gospodarkę Obama będzie musiał prezentować się jako centrysta i pragmatyk. Albo pozwoli mu to zebrać szerokie poparcie w Kongresie i zrealizować program naprawczy, albo zostanie zepchnięty do defensywy przez jastrzębi z obu wrogich sobie obozów. Obama musi reprezentować milczącą większość i nie dać zepchnąć się lewicowym bądź prawicowym radykałom do narożnika. Siedzący na barykadzie zawsze obrywają podwójnie, ale tak właśnie musi zachowywać się nowy prezydent. A nie będzie łatwo, bo jego własna partia może stać się szybko jego największym problemem. Powściągnięcie apetytów powiększonej w ostatnich wyborach demokratycznej większości może okazać się większym wyzwaniem od przekonania części Republikanów do poparcia poszczególnych inicjatyw.

Bałagan w kraju, sporo wyzwań za granicą. Obama nie będzie miał komfortu w postaci możliwości skupienia się na własnym podwórku. Entuzjazm, jaki wzbudził w świecie powinien być wykorzystany nie tylko do poprawy wizerunku Ameryki, ale przede wszystkim do załatwienia konkretnych problemów. Lista jest długa: Izrael i Palestyna, Iran, Irak, Afganistan, Pakistan i Indie, Rosja etc. Można spodziewać się aktywniejszej polityki i większego zaangażowania w sprawy Afryki, zostawionej przez Busha Chińczykom. Warto, gdyby nowy prezydent skupił więcej uwagi na Ameryce Łacińskiej, poprawił relacje z kluczowymi krajami regionu i mocniej wsparł walkę Meksyku z gangami narkotykowymi.

Wielki entuzjazm, wielkie oczekiwania i nadzieje, wielkie wyzwania i wielka praca do wykonania. Barack Obama będzie musiał się bardzo starać, żeby nie powstało wielkie rozczarowanie. I należy mu życzyć sukcesu, gdyż konsekwencje rozczarowania jego prezydenturą mogą być poważne. Dlatego dzisiaj za Obamę kciuki ściskają w Pekinie, w Moskwie, w Jerozolimie i Ramallah, w Brukseli, w Londynie, w Mexico City, w Nairobi i wielu innych stolicach, może nawet w Teheranie.

Piotr Wołejko
autor Dyplomacji - blogu o polityce międzynarodowej
 
Blog Roku 2008

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 94

O NAS

Kontakt/Współpraca


Creative Commons License
Teksty są dostępne
na licencji Creative Commons
Uznanie autorstwa 2.5 Polska
.

Tłumacz z nami
WE the Media (2004) -
słynny manifest dziennikarstwa obywatelskiego Dana Gillmora.
Maciej Lewandowski






Powered By
widgetmate.com
Sponsored By
Digital Camera