USA 2008 - wybory prezydenckie w Ameryce. Demokraci i Republikanie. Kandydaci: Barack Obama i John McCain. Informacje, analizy, newsy. Kampania, prawybory, wybory w Ameryce.
środa, 21 stycznia 2009
PREZYDENT OBAMA - NADZIEJE I OBAWY

Wczoraj spełniło się marzenie wielu Amerykanów – Barack Obama został zaprzysiężony na 44. prezydenta USA. Ale na ten moment czekali nie tylko mieszkańcy Stanów Zjednoczonych, ale także miliony ludzi na całym świecie. Towarzyszyły im przede wszystkim dwa uczucia – nadzieja oraz obawa.

Przez ostatnie kilka lat w wielu regionach świata niechęć do Stanów Zjednoczonych zwiększyła się. Stało się tak głównie za sprawą źle ocenianej polityki zagranicznej George'a Busha. Zarzucano mu nieuzasadnione rozpętanie wojny w Iraku, łamanie demokratycznych standardów w Guantamo, ignorowanie polityki klimatycznej oraz stronniczość w konflikcie izraelsko-palestyńskim, ale przede wszystkim wypominano mu unilateralizm. Niechęć, który wielu mieszkańców naszego globu żywi do byłego prezydenta sprawia, że kierują oni wielkie oczekiwania w stosunku do jego następcy.

świat patrzy na Obamę

Reprezentanci praktycznie wszystkich regionów liczą na to, że w poczynaniach nowej głowy państwa więcej będzie dyplomacji i dialogu i że Ameryka powstrzyma się od akcji na własną rękę wbrew tzw. światowej opinii publicznej. Jednak każdy region ma wobec prezydenta Obamy także swoje własne oczekiwania.

Mieszkańcy Europy mają nadzieję na bardziej partnerskie relacje ze Stanami Zjednoczonymi. Liczą na to, że zamiast tworzyć nowe ogniska niepokojów na świecie, Ameryka pod obecnym kierownictwem skupi się na stabilizowaniu sytuacji w różnych częściach globu. Wielu z nich uległo szałowi obamomanii i podobnie jak ich odpowiednicy zza oceanu pokłada w nowej głowie państwa aż nazbyt rozbudowane nadzieje.

Liczą na nią także mieszkańcy Afryki. Są dumni z tego, że w końcu Afro-Amerykanin został prezydentem największego mocarstwa na świecie. Spodziewają się, że nie zapomni on o swoich ziomkach zza Atlantyku i będzie stanowił dobry przykład dla decydentów z Afryki. Żywią nadzieję, że dzięki jego rządom afrykańskie dyktatury będą się demokratyzować.

Na pierwsze decyzje Baracka Obamy czeka Bliski Wschód. Cały świat ma nadzieję, że rozpoczynająca się obecnie kadencja będzie nowym otwarciem procesu pokojowego, choć zarówno Żydzi jak i Arabowie obawiają się nowych rządów. Tel Awiw spodziewa się, że nowy prezydent nie będzie mu tak przychylny jak George W. Bush. Z kolei muzułmańskie stolice zastanawiają się nad tym, czy Obama, jak od wielu lat każdy amerykański prezydent, nie będzie ciążył w stronę Izraela. Tym niemniej wielu muzułmanów na całym świecie ma nadzieję na to, że nowy prezydent, jako osoba pochodząca z wielokulturowego środowiska, która zetknęła się z islamem, zaprezentuje nowe podejście do krajów i społeczności muzułmańskich.

Nadzieję taką zdaje się przejawiać także Iran, który od trzydziestu lat określa Stany Zjednoczone jako swojego największego wroga. Pierwszy krok w stronę poprawy wzajemnych stosunków zrobił Obama jeszcze jako kandydat do najwyższego urzędu w państwie. Stwierdził, że nie wyklucza możliwości rozmów dyplomatycznych z Teheranem. Zapewne dzięki tej deklaracji otrzymał gratulacje z okazji wygranej w wyborach od prezydenta Ahmadineżada. Czas pokaże czy oba państwa będą skłonne sobie zaufać, czy też zwycięży wrogość i nieufność.

Nowy amerykański prezydent nie wzbudza entuzjazmu w Rosji. Większość Rosjan w sondażu przeprowadzonym przez BBC wypowiadała się sceptycznie o możliwości poprawy stosunków USA-reszta świata. Wielu z nich kultywuje obraz Ameryki odziedziczony jeszcze po czasach ZSRR – jako tradycyjnego, groźnego rywala ich kraju. Większość jest jednak zadowolona z tego, że w fotelu prezydenckim zasiadł Barack Obama a nie John McCain, który o wiele bardziej krytycznie wypowiadał się wobec Rosji.

Jego polityce zagranicznej na pewno bacznie przyglądać będzie się Kreml. Rosyjscy decydenci zapewne pamiętają wstrzemięźliwą reakcję wtedy jeszcze kandydata na prezydenta – Obamy na konflikt gruzińsko-rosyjski. To z kolei jest źródłem obaw dla Gruzji, Ukrainy i wielu państw Europy Środkowo-Wschodniej, w tym Polski. Zadają one sobie pytanie na ile nowa administracja będzie ulegała Moskwie.

Na nowe otwarcie w stosunkach z USA liczą także Chińczycy. Od nowego prezydenta oczekują przede wszystkim ograniczenia pomocy militarnej dla Tajwanu, co ma być warunkiem dla zacieśnienia współpracy przez oba kraje. Ale spodziewają się też, że nowa administracja w mniejszym stopniu będzie postrzegała Pekin jako rywala niż gabinet George'a W. Busha. Może to  stanowić punkt wyjścia do poprawy stosunków dwóch mocarstw.

Ewa Dryjańska
 
Blog Roku 2008

 
wtorek, 20 stycznia 2009
OBAMA I ATEIŚCI
Podobnie jak w roku 2001 i 2005 z okazji zbliżającego się zaprzysiężenia Michael Newdow, prawnik z Kalifornii, wspomagany przez Amerykańskie Stowarzyszenie Humanistów złożył pozew do sądu w Waszyngtonie domagając się, aby prezydent zrezygnował z wypowiedzenia frazy Tak mi dopomóż Bóg składając przysięgę.
 
Ateiści za Obamą

Zdaniem ateistów stosowanie tego zwrotu promuje pogląd, że Bóg istnieje. Pozwani zostali wszyscy zaangażowani w ceremonię składania przysięgi, czyli przewodniczący Sądu Najwyższego John Roberts, odbierający przysięgę, a także Prezydencki Komitet Inauguracyjny, Wspólny Komitet Kongresu ds. Inauguracji oraz Komitet Inauguracyjny Sił Zbrojnych.

Mimo, że sam składający pozew wątpi, aby udało mu się go przepchnąć w sądzie, to jednak wypada zauważyć, że Obama był kandydatem, na którego zagłosowała zdecydowana większość amerykańskich ateistów i racjonalistów. Zorganizowali się oni nawet w ruchu społecznym Atheists for Obama. Dlaczego? No cóż. Obama nie jest i nie był nigdy ateistą, jednak w porównaniu z większością swoich poprzedników jego postawa wobec religii jest bardzo zdrowo pozbawiona wszelkiego fanatyzmu. Wielu głosując na niego liczyło, że rozpocznie on przemianę Ameryki w stronę większego poszanowania alternatywnych niż chrześcijański punktów widzenia.

Czy tak się stanie czas pokaże, na pewno nie należy się spodziewać zmian rewolucyjnych. To co jest najważniejsze to fakt, iż wraz z wyborem Obamy wpływ na rząd utracili fanatycy wspierający Busha. Może mieć to mocne przełożenie np. na sprawy bliskowschodnie i decyzje w kwestiach społecznych, gdyż ewangelikanie zawsze stanowili najważniejszą grupę wspierającą bezwarunkowo Izrael w USA i np. politykę antyaborcyjną.

Poglądy Obamy na sprawy wiary pokazuje poniższy film nakręcony podczas jednego z wyborczych wystąpień:

 
 
 Paweł Adamiec
 
 
Blog roku 2008

poniedziałek, 19 stycznia 2009
ZMIANA = DYPLOMACJA

Dziś kolejny dzień niepokojów na Bliskim Wschodzie, kolejny dzień, kiedy Hamas wali rakietami w izraelskich cywili (i właściwie tylko cywili - praktycznie nie zdarza się, aby rakiety spadały na cele wojskowe), kolejny dzień, kiedy trwa w najlepsze izraelska ofensywa na Strefę Gazy i kiedy obok bojowników w sposób nieunikniony giną palestyńscy cywile (bo jak ich od siebie odróżnić?).

W tej sytuacji wielu domaga się, o czym niedawno pisał Maciej Lewandowski, aby prezydent elekt zajmował jasne stanowisko w sprawie konfliktu. Ba! Więcej nawet, wielu już oskarża Obamę o kontynuowanie polityki bushowskiej stwierdzając, że prawdziwym krokiem w stronę pokoju byłoby utworzenie niepodległego państwa palestyńskiego. Cóż na to Obama? Zachowuje rozsądek, którego wielu już dawno zabrakło.

Bombardowanie Gazy
Bombardowanie Gazy. Zjęcie autorstwa telewizji Al-Jazeera

Jako prezydent przyszły, nie zaś urzędujący, umiejętnie unika wymachiwania szabelką w którąkolwiek stronę. Już teraz zaczyna realizować politykę, o której mówił w kampanii wyborczej, a która sprowadza się do unikania niepotrzebnego angażowania USA na świecie.

Nikt kto zajmuje się polityką bliskowschodnią nie ma wątpliwości, że trwały pokój w regionie będzie mógł być zapewniony tylko w takiej sytuacji, w której będzie to na rękę zarówno Izraelowi jak i USA. Problem polega na tym, że obecny kryzys  oraz  okres, w którym  dokonuje się przekazanie władzy w Ameryce nie sprzyja rozmowom pokojowym. Rząd izraelski nie miał wyjścia – musiał odpowiedzieć na nasilające się ataki, aby uniknąć silnych protestów własnej opinii publicznej.

Izrael przygotowuje się do wyborów. Ale operacja kierowana przez rząd nie jest na tyle skuteczna, by mogła zdobyć dla niego pożądaną liczbę głosów. Z drugiej strony USA pogrążone są w kryzysie. Zapowiadają ograniczenie rozpasanej polityki zagranicznej, ponieważ w przeciwnym wypadku groziłoby to całkowitą zapaścią gospodarczą. Zarówno strona izraelska jak i palestyńska zdaje sobie z tego wszystkiego sprawę. Hamas nie bez przyczyny rozpoczął wzmożone ataki na Izrael właśnie teraz, gdy szykuje się zmiana warty w Białym Domu. Możliwe, że Izrael zareagowałby inaczej, gdyby Obama był już urzędującym prezydentem, jednak na razie trwa era George’a W. Busha, który za ewangelikańsko-żydowskim lobby stoi murem. W końcu to tym ludziom zawdzięcza to, że utrzymał się w Białym Domu do tej pory.

Nikt jeszcze nie wie, co przyniosą nowe rządy i właśnie ta niepewność popycha obie strony do działania. Hamas może liczyć na to, że nowa administracja będzie z nim rozmawiać nawet wtedy, gdy będzie prowadził politykę agresywną. Izrael wie, że USA są jedynym państwem na świecie, z którym musi się bezwzględnie liczyć, dlatego szybkim i zdecydowanym atakiem będzie dążył do zakończenia całej operacji przed nominacją nowego prezydenta.

Jakie zmiany zapowiada przyszły prezydent? Przede wszystkim wiadomo, że Obama zamierza stawiać na dyplomację i prawdę mówiąc po rządach Busha trudno nie uznać tego za poważną zmianę. Już teraz mówi się o tym, że najprawdopodobniej szybko dojdzie do rozmów z Iranem, co nie oznacza bynajmniej, że USA przestały uznawać ten kraj za państwo niebezpieczne dla światowego pokoju. Podobnie rzecz ma się z Hamasem. Polityka izolacji prowadzona przez Zachód właściwie nie wniosła nic konstruktywnego do procesu pokojowego - obecny konflikt dobitnie o tym świadczy. Najpewniej te rozmowy będą prowadzone zakulisowo, ponieważ Hamas znajduje się na liście organizacji terrorystycznych Departamentu Stanu USA. W praktyce mediacja i rola Obamy może wyglądać podobnie jak niegdysiejsza rola Clintona w rozmowach między IRA a Wielką Brytanią. Tamtejszy konflikt pokazał, jak wiele można osiągnąć, gdy obie strony rzeczywiście chcą porozumienia.

To, co może wywołać niepokój to nie bliskowschodnia polityka Obamy, ale  jego do tej pory nieokreślone stanowisko wobec planów budowy tarczy antyrakietowej. Nie mam tu na myśli jedynie Polski. Polska jest tu raczej problemem drugorzędnym. Prawdziwym szczytem odwagi/głupoty byłoby przyzwolenie z jego strony na instalację elementów tarczy w Indiach, co miałoby skutki dużo bardziej dramatyczne niż tarcza w naszym kraju. O ile instalacja w Polsce mocno działałaby na nerwy Rosji i zaburzyła równowagę geostrategiczną w rejonie stabilnej Europy, o tyle budowa tarczy w Indiach oznaczałaby bardzo konkretną zmianę jakościową w układzie równowagi geostrategicznej między Indiami i Pakistanem. To mogłoby być wprost zachętą dla Indii do podejmowania dużo bardziej zdecydowanych działań militarnych wobec Pakistanu. Obecna równowaga regionalna to w znacznej mierze równowaga strachu, ale trzeba brać pod uwagę to, że Indie i tak mają już sporą przewagę nad Pakistanem, jeśli chodzi o potencjał nuklearny. Po wybudowaniu tarczy uzyskałyby przewagę bezwzględną.

Wypada mieć nadzieję, że Obama idąc ścieżką dyplomacji zwinie całkowicie bushowskie plany budowy tarczy antyrakietowej gdziekolwiek miałaby ona powstać. Jest to uzasadnione zarówno ekonomicznie jak i politycznie nie mówiąc o tym, że skuteczność tarczy też nie jest do końca pewna.

Paweł Adamiec
 
blog roku

niedziela, 18 stycznia 2009
BARACK OBAMA O INAUGURACJI
sobota, 17 stycznia 2009
DYSKUSYJNA NOMINACJA

Dla każdego eksperta zajmującego się problematyką zagrożeń asymetrycznych (takich jak terroryzm, transnarodowa przestępczość zorganizowana etc.), nie ulega wątpliwości, że najważniejszym środkiem zwalczania podobnych zjawisk jest wywiad. Nie jest w praktyce ważne ile USA posiada czołgów, nie są ważne atomowe łodzie podwodne ani lotniskowce. Kluczem do przeciwdziałania terroryzmowi jest rozpoznanie, zbieranie informacji i odpowiednie ich filtrowanie.

Nie ulega wątpliwości również, że amerykańskie prawa ustanowione po 11 września 2001 roku mocno przesunęły granice tolerancji dla naruszeń praw obywatelskich, nie ma też wątpliwości, że Guantanamo stało się symbolem łamania przez USA praw człowieka i prawa międzynarodowego. Obama już dawno deklarował, że zamierza Guantanamo zlikwidować i za jego rządów nie będzie przyzwolenia na stosowanie tortur. Oznacza to bardzo pozytywny zwrot w amerykańskiej polityce i powrót do standardów świata cywilizowanego, którego symbolem są, łamane obecnie, konwencje genewskie. To wszystko pozytywy i nie mam co do tego wątpliwości. Tylko że w tym miejscu pojawia się problem. Problem nazywa się Leon Panetta i właśnie został szefem największej agencji wywiadowczej świata, czyli CIA. Rzućmy na moment okiem na życiorys tego pana.

Leon Panetta
Leon Panetta

Leon Panetta niewątpliwie ma wiedzę i doświadczenie polityczne. Swoją  przygodę z polityką rozpoczął w 1966 roku jako asystent prawny senatora Thomasa H. Kuchela - Republikanina. Pierwszy raz zasiadł w Izbie Reprezentantów w 1977 roku i zasiadał w niej aż do roku 1993 gdy prezydent Bill Clinton mianował go szefem Biura Zarządzania i Budżetu Stanów Zjednoczonych. Niedługo później został szefem sztabu Białego Domu w którym działał do roku 1997. Panetta uznawany jest za eksperta w sprawach gospodarczych, jest współzałożycielem Instytutu Polityki Publicznej na stanowym Uniwersytecie Kalifornijskim.

Jak zapewne czytelnik zauważył okazało się, że na czele CIA ma stanąć człowiek z zerowym doświadczeniem wywiadowczym. Panetta z pewnością dobrze by się sprawdził np. jako doradca ekonomiczny ale nominowanie go na stanowisko w wywiadzie  przez wielu zostało odebrane ze sporym dystansem, zwłaszcza że wprost mówi się iż jest to efekt politycznych targów na górze i prezent dla liberalnego skrzydła Demokratów. Panetta słynie bowiem jako twardy przeciwnik obecnie stosowanych twardych metod przesłuchiwania podejrzanych o terroryzm. Swoje zaskoczenie nominacją wyraziła między innymi senator Dianne Feinstein - nowo mianowana szefowa senackiego Komitetu do spraw Wywiadu, z którą wybór nie był konsultowany oraz demokratyczny członek komitetu - senator John Rockefeller. Ostatnio chyba ktoś przywołał oboje do porządku albowiem wycofali się oni z krytyki i zaczęli kandydaturę popierać.

Ta nominacja budzi zdziwienie tym większe, że nominacji nie otrzymał długoletni funkcjonariusz agencji - John Brennan. Stało się tak dlatego, że Brennan popierał obecnie stosowane metody przesłuchań i bronił podsłuchu telefonicznego. Nie ulega wątpliwości, że przyjęcie jego kandydatury oznaczałoby kolejne oskarżenia w stronę Obamy o kontynuowanie polityki Busha, jednak nominowanie - zamiast doświadczonego wywiadowcy - człowieka z klucza ideologicznego tym bardziej może się na Obamie za czas jakiś zemścić. Mimo całego  jego doświadczenia i zdolności organizacyjnych należy mieć poważne wątpliwości czy człowiek nie znający się na specyfice pracy operacyjnej wywiadu będzie wiedział co się wokół niego dzieje. Brennan na całe szczęście nie przepadł zupełnie obejmując niewymagające akceptacji Kongresu stanowisko doradcy do spraw walki z terroryzmem. Czyżby miał stać się wywiadowczą szarą eminencją? Czas pokaże.

 

Paweł Adamiec

 

 

 

PolitykaGlobalna.pl - portal o polityce międzynarodowej

Zapraszamy do nowego serwisu o polityce międzynarodowej - PolitykaGlobalna.pl

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 94

O NAS

Kontakt/Współpraca


Creative Commons License
Teksty są dostępne
na licencji Creative Commons
Uznanie autorstwa 2.5 Polska
.

Tłumacz z nami
WE the Media (2004) -
słynny manifest dziennikarstwa obywatelskiego Dana Gillmora.
Maciej Lewandowski






Powered By
widgetmate.com
Sponsored By
Digital Camera