USA 2008 - wybory prezydenckie w Ameryce. Demokraci i Republikanie. Kandydaci: Barack Obama i John McCain. Informacje, analizy, newsy. Kampania, prawybory, wybory w Ameryce.
poniedziałek, 08 grudnia 2008
OBAMA - POLITYK CZY BIZNESMEN?

W ostatnim tygodniu w amerykańskich mediach ukazały się dwa ciekawe teksty, traktujące o stylu uprawiania polityki przez prezydenta-elekta. Sądzę, iż warto przyjrzeć się obu tym artykułom w taki sposób, jakby stanowiły dwa odrębne, choć niewykluczające się, spojrzenia na jedno zagadnienie.

Tekst opublikowany przez Reuters: Business could learn from Obama style, experts say, przedstawia  Obamę jako sprawnego CEO, który bez problemu mógłby być szefem korporacyjnego biznesu (swoją drogą ktoś, kto będzie dowodził największym światowym mocarstwem, powinien mieć predyspozycje do sprawnego zarządzania dużą firmą). Z kolei artykuł, który ukazał się w Newsweek: Change 2.0, Can Obama create a truly transformational presidency? stawia pytanie: czy prezydent-elekt jest w stanie dokonać rzeczywistej transformacji, o której opowiadał w tak efektowny i profesjonalny sposób podczas kampanii?

Barack Obama
Sądzę, iż te dwa teksty mogą służyć jako pretekst do zastanowienia się nad jednym z najistotniejszych – moim zdaniem – pytań dotyczących postaci Baracka Obamy: kim tak naprawdę jest 44 Prezydent USA – sprawnym biznesmenem, czy odpowiedzialnym politykiem? Zauważmy, iż różnica jest tu zasadnicza. Zadaniem CEO jest dbanie o rozwój firmy, o wzrost jej dochodów i powiększenie rynków zbytu, podczas gdy polityk (w założeniu) ma na celu dobro społeczeństwa, w przypadku Prezydenta USA  także społeczeństwa ogólnoświatowego. Dobry CEO może, w celu polepszenia stanu posiadania przedsiębiorstwa, posunąć się do manipulacji, efekciarstwa, drobnych oszustw. Przez fachowców będzie uważany za dobrego biznesmena tak długo, jak długo jego działalność będzie przynosiła profit zarządzanej firmie. Dobry polityk, władca światowego supermocarstwa, musi zrobić to, co obiecywał w trakcie kampanii, musi rządzić tak, jak to zapowiadał – wyborcy oddali na niego swe głosy, spodziewając się realizacji zapowiedzianych posunięć. Jego działalność ma służyć dobru społeczeństwa, a nie firmy.

Podczas gdy do tego, aby stać się w oczach biznesmenów doskonałym kandydatem na CEO, wystarczy, jak pisze Reuters, sprawnie, ze spokojem i opanowaniem (No Drama Obama) przejść przez trudne momenty kampanii (porażka w New Hamphshire i kryzys związany z osobą pastora Jeremiaha Wrighta), to do tego, aby zostać uznanym doskonałym Prezydentem Stanów Zjednoczonych, trzeba umieć przeprowadzić obiecane zmiany. Zmiany, których nadrzędnym celem jest dobro społeczne, a nie – w odróżnieniu od działalności biznesowej – zysk przedsiębiorstwa. Obama być może jest wspaniałym kandydatem na CEO, ale niekoniecznie musi być wspaniałym mężem stanu.

dolary
Jak pisze w Newsweek Laurence Lessig, nowo wybrany prezydent będzie musiał zmierzyć się niebawem z ogromnymi trudnościami, a proces reformowania amerykańskiego życia politycznego i społecznego, będzie tak skomplikowany, że porównać go można do zabiegów chemoterapii przeprowadzanych na pacjencie z ranami postrzałowymi. W artykule wymienionych jest szereg przeszkód, jakie czekają na prezydenta-elekta podczas dokonywania tych zabiegów, są też wskazówki i rady dla uzdrowiciela oraz wypunktowane problemy, które muszą być rozwiązane w pierwszej kolejności.

Biorąc pod uwagę ogólnospołeczne przekonanie o tym, iż stanowisko Prezydenta Stanów Zjednoczonych kupuje się za pieniądze lobbystów i korporacyjnych bonzów, niemożliwym wydają się do przeprowadzenia zapowiadane radykalne reformy zmierzające do pozbawienia biznesu wpływu na amerykańską administrację. Wątpliwości dotyczące powiązań Obamy z Wall Street i innymi grupami nacisku obecne były od samego początku kampanii, ja pisałem o tym również w tekście Obama – zmiana czy status quo? Czy zatem realnym scenariuszem jest odsunięcie od władzy grup osób, które stoją za wybranym właśnie prezydentem? Czy Obama okaże się kolejnym doskonałym CEO – być może najlepszym CEO wśród amerykańskich prezydentów – czy jednak wielkim reformatorem i rewolucjonistą amerykańskiej polityki? Czy rację mają eksperci od wielkiego biznesu, wychwalający na łamach Reuters zdolności managerskie młodego prezydenta, czy też rację ma Lessig, upatrujący w prezydencie-elekcie największego reformatora amerykańskiego życia politycznego ostatnich czasów?

Maciej Lewandowski, Szkocja
 
 

 

niedziela, 09 listopada 2008
PARADA POLITYCZNYCH GROUPIES

W środowy poranek, 5 listopada 2008 roku, wymęczona kilkunastogodzinnym dyżurem spikerka BBC News zapowiedziała wystąpienie premiera Rządu Jej Królewskiej Mości, Gordona Browna. Telewidzowie ujrzeli brytyjskiego szefa rządu – wyglądającego na równie zmęczonego, co poprzedzająca go dziennikarka – szarego, z podpuchniętymi oczami, wygłaszającego swe gratulacje dla prezydenta-elekta w sposób przypominający wypowiedź maratończyka, z trudem łapiącego oddech po ukończonym biegu.

Uderzający kontrast pomiędzy sposobem, w jaki prezentują się publiczności brytyjscy – i szerzej europejscy – politycy i dziennikarze, a ich amerykańscy koledzy, jest najbardziej rzucającą się w oczy oznaką zjawiska, opisanego między innymi przez brukselskiego korespondenta The Telegraph, Bruno Waterfielda. Pisze on, że stara, zmęczona Europa, próbując wymóc na Obamie ustanowienia nierealnego, światowego New Dealu, w rzeczywistości pragnie zagarnąć dla siebie cząstkę młodzieńczej werwy, świeżości i entuzjazmu, promieniującego w ostatnich dniach ze wszystkich zakątków Ameryki.

Skostniali europejscy politycy, mający lata radosnej młodości dawno za sobą, licytują się od ostatniego wtorku o to, kto lepiej zna Baracka Obamę, kto spotkał się z nim więcej razy, kto może nazywać się jego prawdziw(szy)ym kolegą, a nawet przyjacielem. Ustawili się w kolejce po odrobinę jego blasku, popularności i – co chyba najważniejsze – młodzieńczej energii, zachowując się – jak określił to Ned Temko z brytyjskiego Guardiana – niczym nastoletni groupies tłoczący się dookoła swego pop idola. Do Browna, Sarkozy'ego i Merkel, dołączają po kolei przywódcy innych europejskich krajów, w tym także polski premier, który ochoczo zaprosił Obamę do odwiedzenia naszego kraju. W ten ogólnoeuropejski trend idealnie wpasowali się szefowie dwóch największych partii brytyjskich, urządzając parlamentarną kłótnię o to, który z nich – Brown czy Cameron – znajduje się bliżej Obamy, jego poglądów i politycznych wartości. Na uwagę zasługuje przy tym fakt, iż – niezależnie od sporu o osobę prezydenta-elekta – obaj panowie: laburzysta i konserwatysta spierali się w istocie o to, który z nich jest bardziej lewicowy.

Gordon Brown i David Cameron
Gordon Brown i David Cameron

Jak jednak słusznie zauważa inny dziennikarz Guardiana, Patrick Wintour – na całe szczęście w cieniu szefów europejskich gabinetów pozostają sztaby fachowców, skupionych w większym stopniu na ciężkiej pracy, niż na telewizyjnych wystąpieniach. Spora liczba pracowników brytyjskich ministerstw – zdając sobie sprawę z faktu, iż niezbędnym w chwili obecnej działaniem, jest oddzielenie wyborczej retoryki nowego prezydenta, od jego realnych planów politycznych – zajęła się wyznaczaniem punktów, które w niedalekiej przyszłości stanowić powinny podstawę rozmów amerykańsko-brytyjskich dotyczących najistotniejszych kwestii polityki światowej.

Na pierwsze miejsce wybija się wśród nich – rzecz jasna – sytuacja na Bliskim Wschodzie, w szczególności w Iraku i w Afganistanie. Już w chwili obecnej dają się zauważyć dość spore różnice pomiędzy stanowiskiem Obamy i Browna odnośnie dalszej obecności wojskowej Brytyjczyków w tych rejonach – komentatorzy przewidują w związku z tym długie i trudne negocjacje pomiędzy USA, Zjednoczonym Królestwem, ONZ i NATO. Całą sytuację dodatkowo komplikuje fakt, iż to właśnie wojna w Iraku zdeterminowała na długie lata wzajemne stosunki pomiędzy poprzednikami obecnych przywódców: Blairem i Bushem. Negatywny odbiór anglo-amerykańskiej inwazji był jedną z głównych, choć nie jedyną, przyczyn całkowitej utraty społecznego zaufania przez brytyjskiego odnowiciela elit politycznych, startującego – po wyborach w 1997 roku – z kredytem zaufania porównywalnym do tego, jakim dziś obdarza się Obamę.

Barack Obama
Barack Obama

Nowo wybranego prezydenta USA Brytyjczycy od dawna już przestrzegają  przed stoczeniem się po równi pochyłej w stylu Blaira. Oprócz ostrzeżeń pojawiają się także głosy doradcze, mające pomóc prezydentowi-elektowi w ustrzeżeniu się błędów, które doprowadziły do smutnego końca okres rządów brytyjskiego premiera. Jednym z ostatnich tego typu wystąpień – tym ważniejszym, że pochodzącym od bliskiego współpracownika Blaira i jednego z członków New Labour team – jest artykuł Matthew Taylora w Guardianie, w którym  przestrzega on Obamę między innymi przed totalną negacją dokonań swoich poprzedników, przed dawaniem obietnic bez pokrycia oraz przed ślepym zauroczeniem siłą władzy.

Oprócz Afganistanu i Iraku pozostają do rozstrzygnięcia inne – równie ważne i skomplikowane – problemy światowego ładu ekonomiczno-politycznego. Komentatorzy wskazują na potrzebę szybkiego doprowadzenia do trwałego pokoju izraelsko-palestyńskiego, dokonania transformacji ONZ i NATO oraz – co może być największym wyzwaniem dla Obamy – konieczności zreformowania Międzynarodowego Funduszu Walutowego w taki sposób, aby kosztem zmniejszenia siły USA, dać więcej realnej władzy Chinom i Indiom. W tym punkcie młody amerykański prezydent może spotkać się ze stanowczym oporem rodzimych grup nacisku z sektora finansowo-korporacyjnego, które – rzecz jasna – bardzo niechętnie zgodzą się na zmniejszenie swoich wpływów w tej ważnej instytucji gospodarczej współczesnego świata.

 

Maciej Lewandowski, Szkocja

 

Przeczytaj także:

 

piątek, 24 października 2008
NAJWIĘKSZY PROBLEM - PALIN

Ton ostatnich komentarzy Brytyjczyków piszących o zbliżających się amerykańskich wyborach jest zgodny: Palin odbiera McCainowi szansę na zwycięstwo. Korespondent BBC pisze nawet o katastrofie, jaką pani gubernator z Alaski sprowadziła na swych republikańskich współpracowników.

Sarah Palin

Porównywana do Margaret Thatcher Sarah Palin krytykowana jest tu głównie za swe konserwatywne poglądy społeczne, które – zdaniem miejscowych obserwatorów – zniechęcają dużą część amerykańskiego elektoratu. Brytyjczycy podkreślają fakt, iż od republikańskiego kandydata odwracają się nie tylko niezdecydowani wyborcy środka sceny politycznej, ale również liberalnie nastawieni Republikanie – czego najbardziej jaskrawymi przykładami jest poparcie udzielone Obamie przez zdecydowanie republikańskie tytuły prasowe: Denver Post i Salt Like Tribune oraz – rzecz jasna – Colina Powella. Najważniejsze pytanie – jak te pojedyncze rekomendacje przełożą się na głosy wyborców – pozostaje wciąż bez odpowiedzi, choć Michael Tomasky, polityczny komentator Guardiana, twierdzi że postawa Powella wywrze z pewnością duży wpływ na głosujących mieszkańców Waszyngtonu, gdzie wyborcy często biorą pod uwagę opinie politycznych autorytetów.  

Sporo miejsca prasa z Wysp poświęca niedawnemu występowi Palin w popularnym amerykańskim telewizyjnym programie komediowym Saturday Night Live.

Brytyjczykom – z ich dziwnym poczuciem humoru – ten popis zdecydowanie się nie podobał. Podczas, gdy są oni w stanie śmiać się do łez z komika udającego ich premiera, nawet w najbardziej rubaszny i prostacki sposób, to kandydat do jednego z najwyższych urzędów państwowych, prezentujący tak daleko posuniętą autoironię jak Palin, jest dla nich nie do przyjęcia.  

Pojawiają się także, coraz wyraźniejsze na Wyspach, głosy przepowiadające chęć wystartowania republikańskiej gubernatorki w przyszłych wyborach prezydenckich. Wielu z tutejszych obserwatorów przychyla się do twierdzenia, iż Sarah Palin, wydobyta przez McCaina parę miesięcy temu z politycznego niebytu, przerosła w krótkim czasie swego odkrywcę i, powodowana ogromną osobistą ambicją, przygotowuje sobie właśnie grunt pod partyjną nominację za cztery lata

Maciej Lewandowski, Szkocja
 
 
 
PolitykaGlobalna.pl - portal o polityce międzynarodowej

Zapraszamy do nowego serwisu o polityce międzynarodowej - PolitykaGlobalna.pl

 

czwartek, 18 września 2008
CHIŃCZYCY O AMERYKAŃSKICH WYBORACH

Pragniemy przedstawić chińskie spojrzenie na tegoroczny proces wyborczy. Jest ono o tyle istotne, że może być punktem wyjściowym dla prognozy przyszłych amerykańsko-chińskich stosunków w zależności od tego, kto stanie się mieszkańcem Białego Domu.

Dziennikarze agencji informacyjnej Xinhua twierdzą, że obaj główni kandydaci na prezydenta nie różnią się od siebie radykalnie w kwestii polityki zagranicznej. Jest mało prawdopodobne, aby w wypadku zwycięstwa któregokolwiek z nich amerykańska obecność militarna w różnych regionach świata zmniejszyła się, czy, co dla Chińczyków szczególnie istotne, zmienił się stan stosunków amerykańsko-japońskich (strategiczny sojusz). Zaznaczają jednak, że John McCain prezentuje bardziej zdecydowane stanowisko w kwestii amerykańskiej obecności w Iraku, podczas gdy Barack Obama jest bardziej skłonny wycofać wojska i stawia bardziej na współpracę międzynarodową.

Goerge Bush i Hu Jintao
George Bush i Hu Jintao

Chińczycy dużą wagę przywiązują także do precedensowości obecnych wyborów. Zwracają uwagę na fakt, iż Barack Obama jest pierwszym czarnym kandydatem, który zaszedł tak daleko. Nie mniej precedensowy jest wybór Sary Palin jako kandydatki na wiceprezydentkę dokonany w łonie Partii Republikańskiej. Jednak mimo uzyskania nominacji przez przedstawicieli grup dyskryminowanych Chińczycy pozostają krytyczni wobec zaawansowania procesów emancypacyjnych w USA. Podkreślają, że choć Obama i Palin ucieleśniają American dream czyli sukces stający się udziałem człowieka niezależnie od jego rasy, płci czy pochodzenia, to jednak są oni wyjątkami od reguły. Przytaczają dane, z których wynika, że dochody czarnej ludności spadły w stosunku do dochodów białej w przeciągu 30 lat, a liczba kobiet w parlamencie jest mniejsza niż w innych krajach, choćby w Afganistanie.

Mieszkańcy Państwa Środka próbują także ocenić prawdopodobieństwo wyboru określonego kandydata na podstawie panujących w Ameryce nastrojów społecznych. Według Chińczyków główną przyczyną spadku popularności Republikanów jest programowy zwrot tej partii w prawo. Pociąga on za sobą negatywnie ocenianą w społeczeństwie politykę (wojna w Iraku i liczne skandale na szczytach władzy). Zauważają jednak, że John McCain mający opinię mavericka może stanowić groźną konkurencję dla demokratycznego kandydata Baracka Obamy. Odnotowują także, że wybór Sary Palin na kandydatkę na wiceprezydentkę miał z jednej strony pokazać, że tworzący się tandem jest wolny od układów i nieczystych powiązań, ale z drugiej strony miał przekonać do McCaina bardziej konserwatywnie nastawionych wyborców Partii Republikańskiej. Tymczasem namaszczenie Joe Bidena na następcę Baracka Obamy jest zdaniem chińskich komentatorów mieczem obosiecznym. Choć uzupełnia braki demokratycznego kandydata poprzez doświadczenie jego partnera w sprawach międzynarodowych, to jednak podważa wiarygodność jego głównego hasła zmiana, które wiązało się przecież z dystansem w stosunku do politycznych elit. Wybór Bidena jest jednak według Chińczyków o tyle korzystny, że może on przyciągnąć do demokratycznego kandydata głosy robotników.

Ewa Dryjańska

 

Podobne:

 

niedziela, 31 sierpnia 2008
ECHA DENVER - PRASA BRYTYJSKA O CLINTONACH

Po wystąpieniach państwa Clinton na konwencji w Denver brytyjskie media opanował bezgraniczny zachwyt. Wychwala się głównie byłego prezydenta, ale również Hillary Clinton zasłużyła, zdaniem komentatorów z Wysp, na słowa najwyższego uznania. Pisze się o: mistrzowskim przedstawieniu, fenomenalnej i fantastycznej przemowie,czy potężnym pokazie (partyjnej) jedności. Najdalej w swych zachwytach posunął się niewątpliwie Justin Webb – amerykański korespondent BBC, który na swoim blogu stwierdza, że wystąpienie Hillary Clinton to wielki, historyczny moment w dziejach USA:

Hillary Clinton przemawiająca na konwencji Demokratów w Denver
Hillary Clinton przemawiająca na konwencji Demokratów w Denver

To było oszałamiające – moment olśniewającego przedstawienia politycznego, chwila, którą będziemy zachwycać się przez lata. Całe wydarzenie przypominało mu Parlament Brytyjski z lat świetności – rozkrzyczany i pełen sporów, ale świadomy swej siły, świadomy konsekwencji, jakie będą wynikiem podjętych tu decyzji. I dalej w tym samym tonie: Hillary Clinton wypowiedziała właśnie te słowa, które miała wypowiedzieć, co prawda w trochę zbyt wytworny sposób (co ponownie nasuwa porównania do polityków brytyjskich), ale jasno i z pełną świadomością konsekwencji, jakie niosą one z sobą. Przedstawienie z udziałem byłej Pierwszej Damy i późniejsze okrzyki rozentuzjazmowanej widowni to - zdaniem Webba - pokaz wielkiej siły, to polityczny teatr najlepszego gatunku.

W nieco mniej entuzjastyczny i – co za tym idzie – bardziej analityczny sposób, inny felietonista brytyjski – piszący dla Guardiana Jonathan Freedland komentuje wystąpienie Billa Clintona. Stwierdza on, iż były prezydent zrobił wszystko to, co powinien zrobić, w sposób idealny. Nie tylko poparł Obamę i przekonał elektorat swej żony do głosowania w listopadzie na kandydata Demokratów, ale także – co ważniejsze – wyraźnie wskazał na te jego cechy, które predysponują go do prezydentury oraz w jasny i przejrzysty sposób ukazał wady jego republikańskiego rywala. Barack Obama otrzymał od człowieka, który – jak pisze felietonista Guardiana – był mistrzem politycznych kampanii drugiej połowy ubiegłego wieku, nie tylko mocne wsparcie, ale również darmowy poradnik jak wygrać wybory prezydenckie.

Konwencja Demokratów w Denver
Konwencja Demokratów w Denver

Od rozentuzjazmowanego tonu zachwytów i pochwał odbiega, i to w zdecydowany sposób, krytyczny komentarz opublikowany w The Telegraph. Toby Hardnen pisze w nim, że dzień, w którym Obama został oficjalnie nominowany – jako pierwszy ciemnoskóry kandydat liczącej się partii – na prezydenta USA, został mu niejako skradziony przez państwa Clinton. Brytyjski dziennikarz uważa, iż sam wybór przez aklamację był niefortunnym – dla Obamy – wydarzeniem, które miało sprawić wrażenie, jakby nominacja (dzielnie przez niego wywalczona w ciężkich, paromiesięcznych bojach) została mu podarowana przez Hillary. Zebrani w Pepsi Centrum ludzie wiwatowali – owszem – ale nie na cześć Baracka Obamy, tylko na cześć państwa Clinton. Sam kandydat, o zgrozo, pojawił się w sali dopiero wtedy, kiedy owacyjnie żegnane małżeństwo opuściło miejsce wydarzeń. Wygląda to, jakby Obama bał się spotkania z Billem i Hillary – konkluduje Toby Hardnen, po czym dodaje, że dopiero teraz rozpoczyna się jego (Obamy) prawdziwy show – trochę późno, ale nadal jest wystarczająco dużo czasu na to, aby przekonać się jakim – tak naprawdę – jest on politykiem.

 

Maciej Lewandowski

 
Podobne:
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5

O NAS

Kontakt/Współpraca


Creative Commons License
Teksty są dostępne
na licencji Creative Commons
Uznanie autorstwa 2.5 Polska
.

Tłumacz z nami
WE the Media (2004) -
słynny manifest dziennikarstwa obywatelskiego Dana Gillmora.
Maciej Lewandowski






Powered By
widgetmate.com
Sponsored By
Digital Camera