USA 2008 - wybory prezydenckie w Ameryce. Demokraci i Republikanie. Kandydaci: Barack Obama i John McCain. Informacje, analizy, newsy. Kampania, prawybory, wybory w Ameryce.
czwartek, 17 lipca 2008
SANTOS OBAMA

Trwa kampania prezydencka w Stanach Zjednoczonych - Republikanie już wybrali swojego kandydata - został nim siwowłosy senator, którego poglądy nie zawsze podobają się konserwatywnej bazie Partii Republikańskiej i który wzbudza mieszane uczucia wśród tzw. ewangelistów. Wierzy w republikańskie ideały, ale nie tylko nie zabiega o głosy religijnej prawicy, lecz wręcz się od niej odcina.

Demokraci wciąż się wahają - nie mają jednego kandydata, walka o nominację partii trwa niemal do samego końca. Wiele wskazuje na to, że decyzja zapadnie dopiero podczas konwencji wyborczej Demokratów, która zwykle stanowi fetę, pokaz jedności partii i poparcia dla wybranego kandydata.

Jednym z pretendentów jest młody niedoświadczony kongresmen pochodzący z etnicznej mniejszości amerykańskiej. Wielu wierzy, że zostanie pierwszym prezydentem USA o ciemnej skórze (non-white). Swój brak doświadczenia rekompensuje znakomitymi zdolnościami oratorskimi, wizją przyszłości i pragnieniem zmiany. Jest młody i przystojny, porywa tłumy, a u jego boku stoi młoda piękna żona i dwoje fotogenicznych dzieci.

Matt Santos
Matt Santos

To nie jest opis niedawnej sytuacji w przedwyborczej Ameryce. To krótkie streszczenie dwóch ostatnich sezonów jednego z najpopularniejszych amerykańskich seriali z gatunku tzw. political fiction - znanego w Polsce pod tytułem Prezydencki poker (The West Wing). Wielu fanów serialu zaczęło się już zastanawiać nad wyjątkową zbieżnością losów obu kandydatów - Baracka Obamy i Matta Santosa, fikcyjnego latynoskiego kongresmana, który zdecydował się wystartować w wyborach prezydenckich. Czyżby życie imitowało serial telewizyjny (pomijając drobny szczegół, że Santos to kongremen, a Obama senator)?

Nie do końca. Eli Attie, jeden z producentów i scenarzystów The West Wing w wywiadzie dla angielskiego Guardiana przyznał wprost - Matt Santos został stworzony na podobieństwo Baracka! Dwa ostatnie sezony Prezydenckiego pokera zostały wyemitowane w Stanach Zjednoczonych w latach 2005-2006. Późnym latem 2004 roku, gdy powstawała postać Santosa, Obama był zaledwie mało znanym politykiem ze stanu Illinois. Dopiero startował w wyborach do senatu - ale zdążył już wzbudzić zainteresowanie mediów i Partii Demokratycznej mową, którą wygłosił podczas demokratycznej konwencji w 2004 roku, gdy kandydatem na prezydenta został John Kerry.

Serialowy Matt Santos i Barack Obama
Serialowy Matt Santos (Jimmy Smits) i Barack Obama

Producenci serialu mieli nosa - przepowiedzieli przyszłość pierwowzorowi swojego bohatera. Co więcej - serialowy Matt Santos wygrywa z republikańskim kandydatem (który zresztą przypomina Johna McCaina) i w ostatnim odcinku zostaje prezydentem Stanów Zjednoczonych. Attie pracując nad stworzeniem postaci Santosa kontaktował się z Davidem Axelrodem, ówczesnym doradcą Obamy. Dziś Axelrod to główny strateg prezydenckiej kampanii Baracka Obamy. W jednym z e-maili do Attie'go zażartował: We're living your scripts!. Jon Stewart podczas ostatniej gali oskarowej dowcipkował ze sceny: zazwyczaj, gdy widzisz czarnoskórego prezydenta lub prezydenta - kobietę, wiesz, że niebawem asteroida uderzy w Statuę Wolności. W popularnym serialu 24 godziny był już prezydent - Afroamerykanin i prezydent - kobieta.

Czy produkcja telewizyjna wyprzedza rzeczywistość? Czy w styczniu 2009 roku, gdy prezydent - elekt Barack Obama będzie składał przysięgę podczas inauguracji prezydenckiej, większość widzów telewizyjnych nie pomyśli przecież już to widzieliśmy?

 

Paulina Kozłowska
 
 
23:23, usa2008 , FILM
Link Komentarze (4) »
piątek, 25 kwietnia 2008
JFK

Dwa tygodnie temu opisaliśmy film opowiadający o jednym z najbardziej krytycznych momentów prezydentury Johna Kennedy'ego, a mianowicie kryzys kubański. Wspomnieliśmy, że ów mrożący krew w żyłach okres, kiedy to świat wydawał się o krok od nuklearnej apokalipsy, nie jest mimo wszystko najjaskrawszym wspomnieniem pokolenia lat sześćdziesiątych. Pamięć o nim przyćmiewa echo późniejszego o rok dramatu, przekształconego przez wielki medialny spektakl w nie cichnącą przez lata elegię. Tak jak Polacy do dziś zadają w towarzyskiej pogawędce pytanie co robiłeś pierwszego dnia stanu wojennego?, w Ameryce nieustannie powraca pytanie gdzie byłeś, gdy dowiedziałeś się o śmierci JFK?.

Tytuł oryginalny: JFK
Rok wydania: 1991
Produkcja: Warner Brothers
Reżyseria: Oliver Stone
Scenariusz: Oliver Stone, Zachary Sklar

Filmy Olivera Stone'a określić można jako wielkie tytuły bądź wielkie porażki, lecz niezależnie od upodobań, nie sposób przejść obok nich obojętnie. Ten reżyser potrafi jak mało kto forsować swój punkt widzenia. Nierzadko bywa z tego powodu nazywany twórcą propagandowym, jego dziełom zarzuca się zaś daleko idącą rozbieżność z prawdą. Podobnie jest w wypadku JFK, trzygodzinnego eposu naświetlającego rzekomą konspirację wycelowaną w Kennedy'ego. Szyta grubymi nićmi teoria spiskowa oskarża o śmierć uwielbianego przywódcy klikę wysoko postawionych osób z przemysłu zbrojeniowego, sfer rządowych, wojska oraz agencji wywiadowczych, połączonych w niepokoju o amerykańskie zaangażowanie w Wietnamie, na które niechętnie patrzył młody prezydent.

JFK
JFK

Od strony formalnej film przedstawia typowy dla fabuł ocierających się o dokument miszmasz. Sceny aktorskie przeplatają się z autentycznymi materiałami telewizyjnymi, a te ze współczesnymi imitacjami materiałów z epoki. Wielokrotnie powtarzane są ujęcia nakręcone w chwili zamachu prywatną kamerą jednego ze świadków. Oliver Stone po raz kolejny udowodnił swój talent do montażu, składając z luźnych fragmentów historię wbrew pozorom spójną.

Pierwsze sekwencje filmu przybliżają dokonania polityczne Kennedy'ego, podpowiadając które z nich szczególnie uwierały jego zabójcom. Główny bohater, prokurator okręgowy Jim Garrison, przejmuje pałeczkę dopiero po śmierci prezydenta. Kevin Costner w swojej najwyższej formie, wkrótce po nominowanej do Oscara roli w Tańczącym z wilkami, prowadzi publiczność przez tajniki śledztwa. Po aresztowaniu i zabójstwie Lee Harveya Oswalda (Gary Oldman), Garrison podziela ogólnoamerykańskie przekonanie o udziale innych osób w zamachu. Prowadzone przez niego poszukiwania, oparte na działalności prawdziwego Garrisona oraz domysłach scenarzystów, przeradzają się w wieloletnią obsesję, nie pozbawioną wpływu na jego życie prywatne. Poszczególne wątki intrygi wikłają się w nieodgadniony wzór, przez ekran przewijają się twarze połowy gwiazd Hollywood (w niezliczonych rolach drugoplanowych występują m.in. Donald Sutherland, Joe Pesci, Sissy Spacek, Kevin Bacon oraz nominowany za rolę w JFK do Oscara Tommy Lee Jones). Ogarnięcie tej przerośniętej konstrukcji może stanowić dla widza nie lada problem, ale reżyser twierdzi, że to zamierzony efekt. Chciał, by JFK przypominał lekturę przepastnego raportu badającej tę sprawę Komisji Warrena, która de facto nie zdołała nic wyjaśnić.

Pomimo względnego sukcesu kasowego odniesionego przez JFK jest on odsądzany od czci i wiary jako paranoiczny paradokument, nachalnie podsuwający jedynie słuszne rozwiązanie Stone'a. O ile zarzut manipulacji faktami dla celów artystycznych jest prawdziwy, to jednak wiąże się z nim pewne nieporozumienie. Nie należy bowiem postrzegać tego filmu jako historycznego osądu. To tylko zbiór osobistych teorii reżysera, który niczym nie różnych od prywatnych podejrzeń każdego Amerykanina. Ich przedstawienie w propagandowej formie służyć ma nie pojedynczej wizji historii według Stone'a, a zachęceniu odbiorcy do indywidualnej krytyki informacji oficjalnie płynących z rządu i mediów. Przecież w każdej teorii spiskowej tkwi ziarno prawdy.


Michał Filipowicz


Niniejsza recenzja zamyka cykl filmowy. Michale - dziękujemy i czekamy na Twój powrót.

 

Podobne:

09:30, usa2008 , FILM
Link Dodaj komentarz »
piątek, 11 kwietnia 2008
TRZYNAŚCIE DNI KENNEDY'EGO

Śmiało można stwierdzić, że najgoręcej wspominanym amerykańskim prezydentem jest John Fitzgerald Kennedy. Jednak owiewająca go legenda w mniejszym stopniu jest jego własną zasługą aniżeli reperkusją jego niespodziewanej, dramatycznej śmierci. Według wielu, zamach na Dealey Plaza uniemożliwił Kennedy'emu ukazanie pełni potencjału.

John Fitzgerald Kennedy
John Fitzgerald Kennedy (1917 - 1963)

Z tego powodu Amerykanie skłonni są wybaczać prezydentowi-męczennikowi wcale nie tak nieliczne potknięcia, takie jak wyjątkowo nieudana próba inwazji na komunistyczną Kubę w kwietniu 1961 roku. Mimo tej wpadki trudno odmówić Kennedy'emu zasług dla pokojowego rozwiązania późniejszego o półtora roku konfliktu wokół instalowanych na tejże wyspie radzieckich rakiet, kiedy staliśmy o krok od wymiany ognia atomowego. Filmem opisującym z perspektywy Białego Domu ów gorący jak wulkan okres jest Trzynaście dni Rogera Donaldsona.

Tytuł oryginalny: Thirteen Days
Rok wydania: 2000
Produkcja: New Line Cinema
Reżyseria: Roger Donaldson
Scenariusz: David Self, na podstawie książki The Kennedy Tapes: Inside The White House During The Cuban Missile Crisis autorstwa Ernesta R. Maya i Philipa D. Zelikowa

Wiele pozycji w dorobku reżysera Trzynastu dni to dreszczowce oraz sensacje, dlatego także jego przygoda z kinem historycznym perfekcyjnie utrzymuje napięcie. Wchodząc na seans wiemy, że koniec końców nie doszło do wojny nuklearnej między mocarstwami, lecz wartkie tempo Trzynastu dni pozwala łatwo o tym zapomnieć, podkreślając tym samym, że znane nam rozwiązanie w rzeczywistości było tylko jednym z możliwych scenariuszy. Osoby pamiętające tamten czas wspominają atmosferę niemal apokaliptycznego strachu przed wojną nuklearną. Film pozwala współczesnym na poznanie smaku tych emocji.

Gdy wysłany nad Kubę samolot zwiadowczy odkrył w 1962 roku radzieckie instalacje, rząd Stanów Zjednoczonych natychmiast podzielił się na zwolenników prewencyjnego uderzenia i grupę skłonną do uspokojenia sytuacji drogą dyplomatyczną. Główną osią konfliktu w filmie Donaldsona jest właśnie ta rozgrywka pomiędzy Jastrzębiami i Gołębiami, od której wyniku zależy utrzymanie pokoju. Moskwa ani Hawana nie są najważniejszymi przeciwnikami Kennedy'ego: musi on zwyciężyć stronników twardego postawienia sprawy, i pomimo szerokich prerogatyw prezydenta nie jest to łatwa walka. Chociaż skupienie na amerykańskiej perspektywie pozwala na szczegółową obserwację tych zmagań, całokształt filmu niestety traci na rezygnacji z głębszego spojrzenia na motywy moskiewskich decydentów. Skutkuje to pewną jednostronnością oraz popadnięciem w patriotyczny patos przy jednoczesnym ograniczeniu wartości informacyjnej filmu.

Trzynaście dni
Trzynaście dni

Walkę Kennedy'ego z generałami obserwujemy oczami prezydenckiego asystenta Kenny'ego O'Donnella, który w rzeczywistości nie miał większego udziału w rozwiązaniu kryzysu kubańskiego. Rola ta została przez scenarzystę ahistorycznie rozszerzona w celu stworzenia dla opowieści obiektywnego narratora, osoby mogącej swobodnie obserwować Kennedy'ego podczas procesu decyzyjnego. Przeniesienie środka ciężkości fabuły na poboczną postać pozwala na zdystansowany ogląd legendarnego prezydenta i jego niemniej ikonicznego brata Roberta. Niestety zabieg ten skutkuje rozdęciem i tak już miałkiej roli O'Donnella, niezbyt porywająco zagranej przez Kevina Costnera.

Sytuację ratują pozostali wykonawcySteven Culp jako Robert Kennedy i przede wszystkim Bruce Greenwood wcielony w JFK. Do interesujących aspektów filmu zaliczyć należy też warstwę formalną, przeplatającą sceny czarno-białe z kolorowymi, materiał współczesny i archiwalne nagrania z epoki. Mimo tych mocnych stron Trzynaście dni nie powala pod względem artystycznym, ani tym bardziej edukacyjnym, ale skutecznie broni się na innym polu – udowadnia, że polityka przeniesiona na ekran może być tak emocjonująca jak najlepszej próby film sensacyjny.

Michał Filipowicz
 
14:22, usa2008 , FILM
Link Komentarze (1) »
piątek, 28 marca 2008
NIXON KONTRA KENNEDY

Oliver Stone to jeden z reżyserów szczególnie chętnie podejmujących tematykę polityczno - społeczną. Swoimi obrazami komentował wiele ważkich problemów dotykających Amerykę: od wojny wietnamskiej po zamachy 11.09. Jeden z bardziej uznanych jego filmów, JFK, mierzy się z piętnem, jakie odcisnęła na Stanach Zjednoczonych tragiczna śmierć prezydenta Kennedy'ego. Mało kto jednak zna inny, późniejszy o cztery lata tytuł Stone'a nawiązujący do tej postaci.

Tytuł oryginalny:Nixon
Rok wydania: 1995
Produkcja: Cinergi Pictures
Reżyseria: Oliver Stone
Scenariusz: Stephen J. Rivele, Christopher Wilkinson, Oliver Stone

Richard Nixon jest przypuszczalnie najchłodniej wspominanym lokatorem Białego Domu. Alkoholizm, lekomania, nieprzyjemna osobowość oraz – rzecz jasna – Watergate zapisały się w narodowej pamięci. Stone konfrontuje ten wizerunek z mitem uwielbianego Kennedy'ego, któremu wybaczono wszelkie niedociągnięcia, ponieważ zmarł zbyt młodo, aby samemu je wymazać. Z przeciwnym przyjęciem zmaga się ekranowy Nixon (w tej roli jak zwykle świetny Anthony Hopkins), który objął urząd zaledwie sześć lat po zamachu w Dallas, dziewięć lat po wyborczej przegranej z nie kim innym, jak właśnie Kennedym.

Oliver Stone kreśli życiorys Nixona jako osoby wprawdzie niedoskonałej, ale godnej podziwu, w pewien przewrotny sposób szlachetnej. Nie jest to pean, łatwo jednak zauważyć, że reżyser starał się unikać najczęściej powtarzanych opinii o byłym prezydencie; jego Nixonowi można współczuć, gdy pijany i upokorzony rozmawia z portretem Kennedy'ego. Mimo to rodzina Nixona potępiła film, posuwając się do stwierdzenia, że nakręcono go z intencją dalszego zaszkodzenia wizerunkowi prezydenta. Być może miała na tę sytuację wpływ niedawna wówczas śmierć głównego zainteresowanego - Nixon zmarł zaledwie półtora roku przed premierą swojej kontrowersyjnej biografii.

Nixon

Historia opowiedziana jest w charakterystyczny dla Stone'a niechronologiczny sposób, przybliżając wydarzenia z życia i kariery Nixona w serii efektownie zmontowanych retrospekcji. Równie typowa dla tego autora jest lekko paranoiczna sugestia teorii spiskowej związanej z aferą Watergate i jej konsekwencjami. Stone jest przekonany, że trzydziesty siódmy prezydent był zbyt sprytny, aby bez pomocy wpakować się w tak poważne kłopoty.

Tak jak inne filmy Stone'a, także Nixon powala skalą czasową. Można sądzić, że to między innymi dzięki ponadtrzygodzinenmu czasowi trwania nie miał większych szans na sukces kasowy. Zarobił zaledwie trzynaście milionów dolarów przy czterdziestoczteromilionowym budżecie, pomimo pochlebnych recenzji. Oliver Stone jednakże nie zraził się do tematyki niepopularnych przywódców. Pod koniec kwietnia bieżącego roku mają ruszyć zdjęcia do filmu W. , będącego biografią obecnego prezydenta. Ciekawe, czy i w tym wypadku publiczność nie dopisze?

 
Michał Filipowicz
 

21:54, usa2008 , FILM
Link Komentarze (1) »
niedziela, 16 marca 2008
CZY BIAŁY MĘŻCZYZNA MOŻE JESZCZE ZOSTAĆ WYBRANY?

To pytanie zadawał z okładki pisma Esquire John Edwards w sierpniu 2007, na długo zanim wycofał się z wyścigu o prezydenturę. Jego rezygnacja potwierdziła pogląd, że według Partii Demokratycznej biały mężczyzna prezydentem już nie zostanie. Przynajmniej nie w tym roku. Jedyni liczący się demokratyczni kandydaci identyfikowani są z grupami mniejszościowymi, i to z tymi najgłębiej zakorzenionymi w publicznej świadomości. Zarówno kobiety, jak i Amerykanie afrykańskiego pochodzenia od wielu lat prowadzą intensywną batalię o równouprawnienie, a co za tym idzie, stali się jednym ze stałych elementów sceny politycznej. Mają realne szanse na przełamanie monopolu białych mężczyzn na prezydenturę, tym samym niepowtarzalnie zmieniając oblicze amerykańskiej demokracji – przynajmniej w mniemaniu niektórych publicystów. Nie należy jednak zapominać, że w gruncie rzeczy Ameryka widziała już niejednego ciemnoskórego prezydenta oraz niejedną panią prezydent.

Hollywood zawsze lubiło wyprzedzać swoje czasy, także pod względem politycznym. Odrobina futurystycznej fantazji dodaje przecież filmom smaczku, przy okazji poszerzając horyzonty widzów o obszary, o których zapewne sami by nie pomyśleli, a wręcz woleliby ich sobie nie wyobrażać. W 1964 roku nie do pomyślenia było, aby kobieta – nawet była pierwsza dama – pełniła funkcję głowy państwa. Tymczasem właśnie w tym roku Stany Zjednoczone po raz pierwszy wybrały kobietę na prezydenta w komedii Kisses for My President. (Polly Bergen jako Leslie McCloud.) O tym, że na taki krok było zbyt wcześnie nawet dla z definicji awangardowego Hollywood świadczy fakt, iż film ten opowiadał, paradoksalnie, o losach pierwszego dżentelmena. Koniec końców, pani McCloud musiała zrezygnować ze stanowiska po zajściu w ciążę, wskutek czego film po dziś dzień spotyka się z krytyką ze strony środowisk feministycznych. Dopiero osiem lat później prezydentem został pierwszy Afroamerykanin. (James Earl Jones jako Douglass Dilman w filmie political fiction The Man.) Także w jego wypadku podkreślono nieprawdopodobieństwo zaistnienia takiej sytuacji. Dilman nie mógł zostać wyłoniony w wyborach; objął stanowisko z pozycji przewodniczącego pro tempore Senatu w wyniku śmierci urzędującego prezydenta, wiceprezydenta i przewodniczącego Izby Reprezentantów. Co było do przewidzenia, nie został zaakceptowany, czego logiczną konsekwencją był impeachment czarnego prezydenta z przypadku.

Pierwsze kroki zostały jednak postawione. Przez kolejne dekady wizerunek polityka na amerykańskim ekranie stawał się bardziej zróżnicowany, aczkolwiek w pierwszym okresie zmiana ta dotyczyła raczej ilości niż jakości. Członkowie różnych mniejszości pojawiali się coraz częściej, lecz wciąż nie podchodzono poważnie do możliwości sprawowania przez nich realnej władzy. Mimo to mozolnie oswajali do siebie publiczność, pojawiając się w małych rolach, zazwyczaj nie w filmach traktujących bezpośrednio o polityce. Jeśli już poruszały tę tematykę, to w prześmiewczej konwencji, aczkolwiek z upływem czasu obrazy te zyskiwały na przychylności. (Na przykład pierwszy sitcom o prezydencie-kobiecie – Hail to the Chief z 1985 roku.) Jednak dopiero lata dziewięćdziesiąte przyniosły oznaki przełomu. W kontekście normalizacji wizerunku kobiet można wymienić występ Glenn Close jako twardej wiceprezydent Bennett w dreszczowcu Air Force One z 1997 roku. Wkrótce potem renesans zainteresowania gatunkiem political fiction zapoczątkował realistyczny serial Prezydencki poker, którego zróżnicowana pod względem płci i rasy obsada spełniała rosnące wymogi poprawności politycznej. Potem po prostu nie wypadało już nie uwzględnić w fabule reprezentanta jakiejś mniejszości – kobiety na wysokim stanowisku, Latynosa, czarnego czy homoseksualisty. Zaowocowało to wysypem ciekawych ról, ale także zjawiskiem odwrotnym do zamierzonego, a mianowicie oddaleniem od rzeczywistości politycznej Stanów Zjednoczonych na korzyść idealistycznej wizji świata pozbawionego stereotypów i uprzedzeń.

 Kandydat na prezydenta David Palmer w pierwszym sezonie serialu 24 godziny.

Jeśliby policzyć wszystkich fikcyjnych prezydentów spłodzonych w ostatnich latach przez amerykańską kulturę popularną, otrzymany wynik może okazać się zaskakujący. Przyglądając się tylko głównym rolom w najpopularniejszych filmach i serialach, trafimy na dwóch ciemnoskórych prezydentów w 24 godzinach, trzy energiczne panie prezydent (Skazany na śmierć, Battlestar Galactica i Commander in Chief.), a nawet jednego Latynosa. (Ta grupa jest relatywnie słabo reprezentowana w filmie politycznym, mimo że stanowi największą mniejszość etniczną USA.) Biali odsuwani są na dalszy plan. Już się ograli. Standardowy portret polityka jako białego mężczyzny po pięćdziesiątce odchodzi do lamusa jak niemodna sukienka. Na topie są typy bardziej egzotyczne, bardziej wyróżniające się w mediach.

Komentując walkę o nominację Partii Demokratycznej, dziennikarze gdybają, jakie zmiany przyniesie ewentualna ostateczna wygrana kobiety albo ciemnoskórego; czy stanie się kamieniem milowym? Czy amerykańskie społeczeństwo jest na to przygotowane? Oczywiście, że jest. Taką wersję przyszłości na co dzień widzi w telewizji. Niewykluczone, że poświęca jej więcej uwagi niż informacjom na temat kampanii wyborczej. Hollywood skutecznie przetarło szlak dla Clinton i Obamy.

Michał Filipowicz

00:26, usa2008 , FILM
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3

O NAS

Kontakt/Współpraca


Creative Commons License
Teksty są dostępne
na licencji Creative Commons
Uznanie autorstwa 2.5 Polska
.

Tłumacz z nami
WE the Media (2004) -
słynny manifest dziennikarstwa obywatelskiego Dana Gillmora.
Maciej Lewandowski






Powered By
widgetmate.com
Sponsored By
Digital Camera