USA 2008 - wybory prezydenckie w Ameryce. Demokraci i Republikanie. Kandydaci: Barack Obama i John McCain. Informacje, analizy, newsy. Kampania, prawybory, wybory w Ameryce.
wtorek, 01 stycznia 2008
SEJMIKI W IOWA

Caucausing w Iowa bardzo przypomina szlacheckie sejmikowanie, które działo się po gospodach i kościołach. Po stu do dwustu obywateli zbierze się 3 stycznia na sejmikach w restauracjach, salach gimnastycznych i zborach. O siódmej wieczór zamkną drzwi i rozpocznie się głosowanie.

Głosowanie republikańskie jest proste. Każdy wypisuje swojego kandydata na kartce i wrzuca głos do kapelusza przewodniczącego. Wystarczy napisać "Rudy", a uznane to zostanie za poparcie Giulianego. Głosy podlicza się, po czym wyborcy wracają do domów oglądać Rodzinę Soprano.

Demokraci mają barwniejsze procedury. Po zamknięciu drzwi wyborcy deklarują poparcie, gromadząc się w grupki. Jeśli sejmik odbywa się w kościele, to wyborcy Hillary mogą się zwołać w kaplicy Matki Bożej, bo to kobieta, wyborcy Edwardsa pod figurą św. Franciszka, bo on pamiętał o ubogich, a wyborcy Obamy przy konfesji św. Jana Złotoustego, bo też nikt nie umiał przerwać jego słowotoku. Załóżmy, że na chórze siedzi trzech wyborców Kucinicha, playboya z odstającymi uszami, który ma dwie generacje od siebie młodszą i jedną głowę od siebie wyższą blond-modelkę za żonę.

Po policzeniu poparcia, przewodniczący podaje pierwszą prognozę. Jeśli któryś z kandydatów nie zebrał 15% wyborców, wówczas jego grupka zostaje rozwiązana. Następuje półgodzinna przerwa na kawę w refektarzu, podczas której ciastem, uśmiechem i rozmową przekonuje się trzech wyborców Kucinicha, by przyłączyli się do tej, a nie innej większej grupy. Po kolejnym głośnym odliczaniu przewodniczący podaje wyniki i wszyscy udają się do domów oglądać Rodzinę Soprano.

Andrzej Kozicki

środa, 19 grudnia 2007
PAT W KOLEGIUM ELEKTORSKIM?

W poprzednim odcinku zajmowaliśmy się sposobem wyboru prezydenta przez Kolegium Elektorskie. Dziś natomiast przyjrzymy się sytuacji kryzysowej – co się dzieje, gdy w Kolegium żaden z kandydatów nie zdobędzie bezwzględnej większości (przypomnijmy, że wynosi ona 270 głosów)?

Na wstępie należy wspomnieć, że taka sytuacja jest prawdopodobna w zasadzie tylko wtedy, gdy głosy elektorskie zdobywa więcej niż dwóch kandydatów, co w systemie dwupartyjnym jest objawem poważnego kryzysu – podziału w jednej z partii lub pojawienie się trzeciej siły. W sytuacji, gdy obie partie znajdują się w dobrej kondycji, jak w chwili obecnej, taka możliwość ma nikłe szanse zaistnienia. Parę razy w historii Ameryki takie wypadki jednak się zdarzały i dlatego warto wspomnieć o wariancie awaryjnym.

 

 

Thomas Jefferson

Jeśli żaden z kandydatów nie zdobędzie 270 głosów w Kolegium, obowiązek wyboru jednego z nich przechodzi na nowowybraną Izbę Reprezentantów. W tym przypadku Izba wybiera spośród trzech kandydatów, którzy uzyskali kolejno największą liczbę głosów. Co ważne, liczone są głosy nie pojedynczych członków, ale stanów – w zależności od tego, którego kandydata poprze większość kongresmenów z danego stanu, ten otrzymuje jeden głos. W sytuacji, gdy głosy w obrębie reprezentacji jednego stanu są równo rozłożone między kandydatów, uznaje się, że stan wstrzymuje się od głosu. Do zwycięstwa potrzebna jest większość bezwzględna, czyli obecnie poparcie 26 stanów. Nie ma czasowego ani ilościowego ograniczenia głosowań, w związku z czym głosuje się aż do skutku. Analogiczne reguły stosuje się do wyborów wiceprezydenta, z tym, że jest on wybierany przez Senat.

Taki scenariusz zdarzył się dwukrotnie w amerykańskiej historii: w 1800 i 1824 r. W pierwszym, przedstawianym już wcześniej przykładzie, w jednym głosowaniu uczestniczyli jednocześnie kandydaci na prezydenta i wiceprezydenta, co spowodowało, że nawet dysponującym większością demokratycznym republikanom nie udało się zgromadzić wystarczającej liczby głosów wokół ich faworyta, Thomasa Jeffersona. W Izbie, po długim paraliżu, Jefferson został w końcu wybrany, a całość skończyła się uchwaleniem Dwunastej Poprawki, zmieniającej zasady wyboru wiceprezydenta. Z kolei w 1824r. na skutek podziałów w dominującej wtedy Partii Demokratyczno-Republikańskiej w szranki stanęło aż czterech kandydatów z tego ugrupowania. Przewagę w głosowaniu powszechnym i głosach elektorskich uzyskał wtedy cieszący się poparciem zwykłych Amerykanów generał Andrew Jackson, ale w głosowaniu w Izbie przegrał z popieranym przez establishment sekretarzem stanu, Johnem Quincym Adamsem. Jackson, rozgoryczony okradzeniem go ze zwycięstwa, założył własną partię, z ramienia której zasiadł w Białym Domu 4 lata później. Tak powstała Partia Demokratyczna.

Z kolei wiceprezydent został wybrany w Senacie raz, w dosyć ciekawych okolicznościach. W 1836r. kandydatem na drugi najwyższy urząd w państwie z ramienia Partii Demokratycznej został Richard Mentor Johnson, żyjący wcześniej w nieformalnym i uwieńczonym potomstwem związku z własną niewolnicą. To zachowanie spotkało się z dezaprobatą mających bardziej konswerwatywne podejście do relacji z niewolnikami elektorów z Virginii, którzy zagłosowali przeciwko niemu. W rezultacie Johnsonowi zabrakło w Kolegium jednego głosu do bezwzględnej większości, ale w następnym roku wygrał w Senacie bez większych problemów.

Co się dzieje jednak w przypadku, gdy Izba nie jest w stanie wybrać prezydenta w rozsądnym czasie? Sprawa ta została wyjaśniona dopiero w Dwudziestej Poprawce z 1933r. Zgodnie z nią w sytuacji, gdy prezydent nie został wybrany do momentu rozpoczęcia nowej kadencji (czyli do południa 20 stycznia po roku wyborów), jego obowiązki przejmuje nowy wiceprezydent. Jeśli wiceprezydent również nie został wybrany, poprawka daje Kongresowi prawo do ustalenia, kto w takiej sytuacji przejmie rolę głowy państwa – na mocy obecnie obowiązującej ustawy o sukcesji prezydenckiej, uchwalonej w 1947r. taką osobą jest przewodniczący Izby Reprezentantów. W każdym razie dana osoba sprawuje funkcje prezydenta do momentu, aż któreś głosowanie w Izbie zakończy się sukcesem. Nawet więc w sytuacji paraliżu wyborów Ameryka nie jest pozbawiona przywódcy.

 

Maciej Józefowicz

środa, 05 grudnia 2007
SUPERWYBORCY
Większość ludzi na świecie, a zapewne i większość Amerykanów, jest przekonanych, że stawiając krzyżyk przy nazwisku i zdjęciu kandydata na prezydenta, oddaje głos bezpośrednio na niego. To rozumowanie, choć logiczne i w ostatecznym rozrachunku przekładające się na rzeczywistość, jest błędne. W rzeczywistości prezydenta wybiera grono bezimiennych i kryjących się w cieniu ludzi, o których istnieniu większość świata nigdy nie słyszała. Niw chodzi tu o żadnąj lożę masońską, lecz o Kolegium Elektorskie.

Kolegium Elektorskie, jak wszystkie amerykańskie instytucje wyborcze, wywodzi się z Konstytucji, a konkretnie z sekcji 1 artykułu II. Zgodnie z nią każdy stan w ustalony przez siebie sposób wybiera tylu elektorów, ile liczy jego reprezentacja w Kongresie (czyli suma członków Izby Reprezentantów i senatorów). Od 1961 roku na mocy Dwudziestej Trzeciej Poprawki prawo wyboru elektorów ma ponadto Dystrykt Columbia, który nie ma swoich przedstawicieli w Kongresie. Elektorzy następnie, w pierwszy poniedziałek po drugiej środzie grudnia, spotykają się w stolicach swoich stanów, by tam oddać głos na kandydata do Białego Domu. W sumie w skład Kolegium wchodzi 538 osób, w związku z czym większość bezwzględna wynosi 270 głosów.


Ponieważ liczba elektorów dla każdego stanu zależy od liczebności jego reprezentacji w Kongresie, która z kolei jest pochodną liczby ludności według ostatniego spisu powszechnego, przewagę w Kolegium mają najludniejsze stany. Niekwestionowanym liderem jest Kalifornia, dysponująca 55 głosami. Za nią w czołówce plasują się Teksas, Nowy Jork i Floryda - z odpowiednio 34, 31 i 27 głosami. Z kolei na szarym końcu znajdują się obie Dakoty, Montana, Wyoming, Maryland, Vermont i Alaska z najmniejszą z możliwych liczbą 3 mandatów (1 członek Izby Reprezentantów i 2 senatorów). Trzech elektorów zgodnie z Dwudziestą Trzecią poprawką może także wystawić Dystrykt Columbia. Kandydat na prezydenta nie musi więc mieć poparcia większości stanów - w teorii do większości w Kolegium wystarczą głosy z 17 najludniejszych. Uwarunkowania historyczne sprawiły jednak, że największe stany raczej nie głosowały wspólnie i każdy prezydent wybrany w Kolegium miał za sobą poparcie więcej niż połowy stanów.

Wybory prezydenckie w USA nie są więc bezpośrednie - mieszkańca Białego Domu nie wybiera w powszechnym głosowaniu naród, tylko przedstawiciele stanów. Szukając przyczyn takiego rozwiązania wskazuje się na dosyć arystokratyczne pojmowanie polityki przez twórców Konstytucji. Ojcowie Założyciele USA, należący do elity kolonialnego społeczeństwa, niechętnie patrzyli na udział ludu we władzy. Podobnie jak wybierany przez stanowe legislatury Senat miał temperować pochodzącą z wyborów powszechnych Izbę Reprezentantów, tak pośrednie wybory prezydenckie miały zapewnić, że do Białego Domu dostawałyby się wyłącznie osoby szanowane i godne zaufania. Waszyngton i jego koledzy nie przewidzieli jednak powstania ostro się zwalczających frakcji politycznych i zmonopolizowania przez nie procesu nominowania elektorów. W chwili, gdy do Kolegium zaczęli trafiać ludzie powiązani z partiami, które wystawiały kandydatów na najwyższy urząd, jego niezależność stała się czystą fikcją. Upartyjnienie Kolegium bywało jednak przedstawiane często również jako pozytywny proces, wymuszający respektowanie przez elektorów preferencji wyborczych własnego stanu i przez to czyniący wybory bardziej bezpośrednimi.

Nazwa "Kolegium Elektorskie" jest trochę myląca, gdyż sugeruje obecność jednego, obradującego wspólnie, ciała. W istocie nie figuruje ona nigdzie oficjalnie (Konstytucja mówi tylko o elektorach), weszła zaś do języka polityki drogą zwyczaju. W istocie wyniki z każdego stanu są przesyłane drogą pocztową do wiceprezydenta, działającego wtedy jako przewodniczący Senatu, który na uroczystym posiedzeniu obu izb Kongresu ogłasza wynik. Posiedzenia Kolegium na poziomie federalnym nie ma - według oficjalnej doktryny po to, by podkreślić znaczenie wyboru prezydenta przez stany, nie przez naród, ale bardziej realistyczna jest hipoteza, że twórcy Konstytucji woleli nie dawać szansy jakiemuś zręcznemu oratorowi wpłynięcia na resztę i przez to naruszenie swobody głosu elektorów.

Konstytucja zostawia stanom dużą swobodę w zgłaszaniu kandydatów na elektorów, stawiając jedynie warunek, że nie mogą być to członkowie Izby Reprezentantów lub Senatu oraz osoby sprawujące urzędy publiczne. W rzeczywistości swoboda wyboru została pozostawiona partiom, które wybierają kandydatów we własnym gronie. Ponieważ wyżej wspomniany zapis konstytucyjny eliminuje z Kolegium najważniejszych lokalnych polityków, zaszczyt ten spada przeważnie na doły partyjne, które traktują go raczej jako uciążliwy obowiązek. Z uwagi na znikome znaczenie tej instytucji zdarza się często, że kandydatów szuka się wręcz z łapanki.

Sposób przydzielania głosów elektorskich jest również pozostawiony w wyłącznej gestii stanów. W przeszłości część z nich dzieliła głosy proporcjonalnie do wyników wyborczych głównych partii, obecnie jednak niemal wszędzie partia zwycięska partia zdobywa komplet. Wyjątek stanowią Nebraska i Maine, gdzie odbywają się osobne wybory na poziomie stanowym i w poszczególnych okręgach wyborczych do Kongresu, co w teorii daje możliwość podziału głosów. W ostatnich latach jednak to się nie zdarzyło.

Z punktu widzenia Konstytucji elektor nie jest związany wynikami uzyskanymi we własnym stanie, ma więc całkowitą swobodę w oddawaniu głosu. Praktyka jednak jest zupełnie inna - ponieważ członkowie Kolegium są przeważnie funkcjonariuszami partyjnymi, którzy oddali swojemu ugrupowaniu dużą część swojego życia, nie mają oni tak naprawdę wielkiego wyboru. Ponadto, by wzmocnić zasadę reprezentatywności elektorów, niektóre stany wprowadziły kary za sprzeniewierzenie się werdyktowi wyborców. Choć były one krytykowane jako ograniczące konstytucyjną swobodę elektorów, Sąd Najwyższy do tej pory nie wypowiedział się na temat ich zgodności z ustawą zasadniczą. Mimo tych obostrzeń, na przestrzeni lat zdarzały się pojedyncze przypadki, w których członkowie Kolegium głosowali na przekór preferencjom obywateli własnego stanu lub nie głosowali w ogóle, nigdy jednak nie wypaczyło to wyniku głosowania.

Jakie są konsekwencje takiego systemu wyborczego? Przede wszystkim wynik głosowania, choć w dużym stopniu odzwierciedla preferencje społeczeństwa, nie jest z nimi tożsamy. Wyniki w Kolegium są generalnie bardziej spłaszczone niż rzeczywiste preferencje wyborcze, ponieważ różnica między kandydatami jest mniejsza niż po przeliczeniu głosów indywidualnych. W skrajnym przypadku może się zdarzyć, że kandydat, który zwycięży w Kolegium może przegrać głosowanie powszechne. Taki przypadek miał miejsce cztery razy w historii Ameryki, w tym ostatnio w 2000 roku, kiedy Al Gore po zaciętym pojedynku zyskał więcej głosów obywateli od George'a W. Busha po to, by w kontrowersyjnych okolicznościach utracić decydujące o zwycięstwie głosy elektorskie z Florydy. Z tego powodu Kolegium znajduje się często na celowniku rozmaitych grup reformatorskich, którzy widzą w nim ciało przestarzałe i sprzeczne z demokratycznymi ideałami Ameryki. Ale o argumentach za i przeciw w moim następnym tekście.

Maciej Józefowicz 

czwartek, 15 listopada 2007
PRAWIE JAK PREZYDENT część II
Oryginalny tekst Konstytucji nie zawierał postanowień na wypadek opróżnienia urzędu wiceprezydenta, dlatego zdarzało się czasami, że po jego śmierci lub objęciu stanowiska prezydenta po zmarłym poprzedniku, pozostawał on nieobsadzony aż do następnych wyborów. Na niebezpieczeństwo sytuacji, w której prezydent nie ma następcy, zwrócono uwagę w latach zimnej wojny, a w szczególności po zamordowaniu Johna F. Kennedy’ego. Owocem tych przemyśleń była XXV Poprawka, uchwalona w 1965 roku i obowiązująca od 1967 roku. Na jej podstawie niezwłocznie po opróżnieniu się urzędu wiceprezydenta prezydent wyznacza następcę, który następnie jest zatwierdzany większością głosów przez Kongres. Poprawka ta została wykorzystana po raz pierwszy przez Nixona, który w 1973 roku po dymisji oskarżanego o oszustwa finansowe Spiro Agnewa powołał na jego następcę Geralda Forda. Rok później, po dymisji Nixona, Ford sam został prezydentem, co postawiło go w bardzo niezręcznej sytuacji – jako prezydentowi niepochodzącemu z wyborów trudno mu było zdobyć zaufanie i szacunek społeczeństwa. Poprawka daje wiceprezydentowi również możliwość pełnienia obowiązków prezydenta, jeśli jest on do tego przez jakiś czas niezdolny. Do tej pory z tej możliwości (za każdym razem zaledwie na parę godzin) skorzystali George Bush ojciec w 1985 roku i Dick Cheney w 2002 i 2007 roku, gdy odpowiednio Ronald Reagan i George W. Bush przechodzili zabiegi chirurgiczne.

 

Bill Clinton i Al Gore (1993)
Bill Clinton i Al Gore (1993) - były prezydent i były wiceprezydent USA

Najważniejszą funkcją wiceprezydenta jest oczywiście zastąpienie prezydenta w wypadku jego śmierci lub ustąpienia z urzędu. Do tej pory dokonało tego dziewięciu, w tym ośmiu po śmierci poprzednika (dziewiątym był Gerald Ford, który objął urząd po rezygnacji Nixona). Ponadto wiceprezydentura była używana jako trampolina do późniejszego kandydowania na najwyższy urząd, choć z różnymi rezultatami (udało się to Bushowi ojcu, oraz, z opóźnieniem, Nixonowi, ale Gore’owi już nie). Wiceprezydent może wykonywać również pewne czynności przynależne głowie państwa, jeśli prezydent nie jest w stanie (przeważnie ze względów czasowych) ich podjąć: przewodniczyć obradom gabinetu, przyjmować wizyty zagranicznych przywódców, gościć w obcych krajach, itp. Jest też z urzędu przewodniczącym Senatu, choć może brać udział w jego obradach wyłącznie po to, by oddać decydujący głos w sytuacji remisu. Dodatkowo pełni on wyłącznie ceremonialną funkcję osoby przeliczającej głosy elektorskie i ogłaszającej wyniki wyborów – parę razy zdarzyło się, że ogłaszał zwycięstwo samego siebie (jak George Bush ojciec) lub swojego konkurenta (jak Al Gore).

Odpowiedni dobór kandydata na wiceprezydenta stał się z czasem jedną z ważniejszych rzeczy w kontekście sukcesu wyborczego. Wiceprezydent miał „uzupełniać prezydenta”, odwoływać się do tej części elektoratu, który kandydatowi na prezydenta trudno byłoby zdobyć. Stąd też zdarzało się, że razem z prezydentem do Białego Domu wprowadzali się reprezentanci interesów jakiejś mniejszości (Spiro Agnew przy Richardzie Nixonie – mniejszość grecka), lobby (Dick Cheney przy George’u Bushu – neokonserwatyści i przemysł zbrojeniowy), bądź działacze na rzecz jedności narodowej (Andrew Johnson przy Abrahamie Lincolnie – pochodzący ze zbuntowanego Południa). Czasem wiceprezydent był dobierany odwrotnie - żeby wzmocnić wizerunek kandydata na najwyższy urząd był jak najbardziej do niego podobny, czego przykładem może być Al Gore przy Billu Clintonie. Wiceprezydentem do tej pory nigdy nie została kobieta, zdarzyło się jednak raz, że jedna z dwóch głównych partii wystawiła żeńskiego kandydata (Geraldine Ferraro jako kandydatka demokratów w 1984 roku).

Od 1974 roku oficjalną rezydencją wiceprezydenta jest Number One Observatory Circle – XIX-wieczna willa zbudowana na terenie Obserwatorium Marynarki Wojennej. W odróżnieniu od Białego Domu pełni ona wyłącznie funkcje mieszkalne – biura wiceprezydenta mieszczą się w prezydenckiej siedzibie.

 
Maciej Józefowicz

 

Podobne:

środa, 14 listopada 2007
PRAWIE JAK PREZYDENT część I

Choć niemal wszelkie wiadomości kampanijne dotyczą tego, kto ma szansę zamieszkać w Białym Domu, nie należy zapominać, że za rok Amerykanie postawią krzyżyk również przy „mniejszym” nazwisku obok głównego kandydata. Chodzi o wiceprezydenta – jedną z bardziej specyficznych instytucji amerykańskiego systemu politycznego. O znaczeniu tej instytucji świadczy choćby fakt, że sam pierwszy wiceprezydent, John Adams, wyrażał się o swoim stanowisku jako o „najmniej znaczącym urzędzie, jaki kiedykolwiek zrodziła ludzka pomysłowość i poczęła wyobraźnia”. Znaczenie stanowiska pomyślanego na początku jako mające zapewnić ciągłość władzy w sytuacjach nadzwyczajnych, z czasem uległo zwiększeniu, jednak dokładna pozycja wiceprezydenta zależy w dużym stopniu od bieżącej sytuacji politycznej i od jego cech charakteru.

Według pierwszej wersji Konstytucji wiceprezydentem zostawała osoba, która w głosowaniu w Kolegium Elektorskim zajęła drugie miejsce, co powodowało, że każda partia wystawiała co najmniej dwóch kandydatów na stanowisko prezydenta. Tworząc ten zapis Ojcowie Założyciele głowy mieli niewątpliwie pewne szczytnych ideałów, ale nie przewidzieli jednego – pojawienia się podziałów we własnym gronie. W efekcie już w wyborach 1796 roku rywalizowały ze sobą dwa bloki – federalistyczny Johna Adamsa i demokratyczno-republikański Thomasa Jeffersona. Wybory wygrał Adams, a jego zastępcą został Jefferson, który przy każdej możliwej okazji wykorzystywał swoje stanowisko do podkładania kłód pod nogi swojemu rywalowi.

 


 

Jeszcze poważniejszy kryzys miał miejsce 4 lata później, kiedy Jefferson i przewidywany przez jego obóz na stanowisko wiceprezydenta Aaron Burr zdobyli identyczną ilość głosów elektorskich. Głosowania w Izbie Reprezentantów również przez długi czas nie przynosiły rezultatów i dopiero po 35 nieudanych podejściach, za sprawą przywódcy federalistów, Alexandera Hamiltona, który wolał Jeffersona od Burra i namawiał do głosowania na niego, ten pierwszy został wybrany na drugą kadencję.

Żeby uniknąć takich sytuacji, Kongres już w 1803 roku przyjął XII Poprawkę do Konstytucji, która weszła w życie w roku następnym. Odtąd kandydatury na prezydenta i wiceprezydenta zgłaszane były osobno, a elektorzy oddawali na nie oddzielne głosy, co miało wykluczyć możliwość blokowania się kandydatów. W teorii, podobnie jak przy wyborze prezydenta, elektorzy mają swobodę wyboru, ale w praktyce, zgodnie ze zwyczajem respektowania woli wyborców, głosują na kandydata ze zwycięskiej partii, co sprawia, że rozróżnienie między głosowaniami jest czysto formalne. Ponadto elektor z danego stanu nie może głosować na prezydenta i wiceprezydenta, jeśli obaj pochodzą z jego stanu. Wymóg ten, wprowadzony, by zapobiec sytuacji, w której stany głosowałyby tylko na siebie, jest jednak łatwo możliwy do obejścia przez zmianę prawnego miejsca zamieszkania jednego z kandydatów. Tak na przykład postąpił pochodzący z Teksasu Dick Cheney, który w wyborach 2000 roku kandydował jako mieszkaniec Wyoming, co umożliwiło elektorom z Teksasu głosowanie na Busha.

Maciej Józefowicz

 
1 , 2

O NAS

Kontakt/Współpraca


Creative Commons License
Teksty są dostępne
na licencji Creative Commons
Uznanie autorstwa 2.5 Polska
.

Tłumacz z nami
WE the Media (2004) -
słynny manifest dziennikarstwa obywatelskiego Dana Gillmora.
Maciej Lewandowski






Powered By
widgetmate.com
Sponsored By
Digital Camera