USA 2008 - wybory prezydenckie w Ameryce. Demokraci i Republikanie. Kandydaci: Barack Obama i John McCain. Informacje, analizy, newsy. Kampania, prawybory, wybory w Ameryce.
sobota, 01 listopada 2008
TOMASZ PŁUDOWSKI: O EFEKCIE BRADLEYA NA SERIO

Czytelnikom traktującym kwestie polityczne serio należy się kilka sprostowań do artykułu Marka Ostrowskiego zatytułowanego Ameryka tak ma (Polityka, nr 43). Piszący ciekawie redaktor Ostrowski wybrał lekką i przystępną formułę leksykonu, by przy pomocy kilku haseł wyjaśnić, że losy amerykańskiej prezydentury nie będą pewne do 4 listopada, co niewątpliwie jest prawdą. Diabeł tkwi w szczegółach ze świata naukowego, nie tak jednak trudnych, by nie można ich było poznać przy pomocy zwykłej wyszukiwarki internetowej. Już na wstępie autor stwierdza, że nie ma tam [tzn. w USA-przyp. mój] też zwyczaju biadolenia nad niską frekwencją wyborczą, co może sugerować, że jest on na bakier z poważniejszymi publikacjami politologicznymi na tematy, o których się wypowiada. Niektórzy biadolą, inni nie. Z biadolących warto wymienić m. in. profesora Thomasa Pattersona z JFK School of Government Uniwersytetu Harvarda, autora The Vanishing Voter oraz Out of Order. Kultura popularna rzeczywiście nie biadoli, jedynie rozrywa.

Prawdziwy problem pojawia się jednak, gdy autor przechodzi do objaśniania kwestii rasowej związanej ze słynnym ostatnio efektem Bradleya. Ostrowski mówi: Zwróćmy też uwagę na różnicę w sondażach między poparciem dla demokratów jako partii a poparciem dla samego Obamy, o kilka punktów niższym. Byłby to dowód na efekt Bradleya, od nazwiska Toma Bradleya, burmistrza Los Angeles, który prowadził we wszystkich sondażach przed wyborami na gubernatora Kalifornii w 1982 r. i bez utraty przewagi sondażowej przegrał w prawdziwych wyborach. A to dlatego, że – nie licząc ekstremistów – pewien odsetek białych nigdy się nie przyzna do rasistowskich poglądów. […] W jakim stopniu efekt Bradleya dotąd występował – nie wiadomo.

Tom Bradley
Tom Bradley

Co zdanie to błąd lub nieścisłość. Otóż po pierwsze, różnica poparcia dla partii i kandydata nie jest dowodem działania efektu Bradleya. Czasem kandydat jest popularniejszy niż partia, a czasem odwrotnie. Efekt Bradleya polega na tym, że część białych wyborców twierdzi w badaniach sondażowych, że popiera czarnoskórego kandydata, podczas gdy ostatecznie oddaje głos na kandydata białego. Efekt Bradleya przejawia się więc tym, że notowania kandydata czarnoskórego są wyższe, nie niższe, niż jego rzeczywiste poparcie. Niższe notowania Obama niż partii demokratycznej nie mogą więc siłą rzeczy być dowodem, ani nawet przykładem, tego zjawiska.

Po drugie, nie chodzi tu o kłopoty niektórych wyborców z przyznaniem się do rasistowskich poglądów, jak twierdzi autor; najczęściej  wystarczy obawa respondentów o to, że brak poparcia dla czarnego kandydata mógłby zostać odczytany przez telefonicznego ankietera i środowisko jako rasizm. Jest to więc przejaw udawania poparcia, by uniknąć oskarżenia o rasizm, a nie ukrywania rasizmu.

Po trzecie i najważniejsze, w jakim stopniu efekt Bradleya występował, wiadomo bardzo dobrze od roku 1983, kiedy to został zidentyfikowany przez Profesora Uniwersytetu Berkeley Charlesa Henry. W przypadku Toma Bradleya wyniósł aż 10%. Efekt ten występował też m.in. w latach 1990 i 1996 i w badaniach przed tym ostatnim rokiem wynosił średnio 3%. Wystąpił także w trakcie tegorocznych prawyborów, w trakcie których różnica pomiędzy sondażowymi notowaniami  Obamy oraz jego rzeczywistym poparciem aż w 18 stanach przekraczała margines błędu statystycznego. Jak ostatnio mówił prof. Henry, najlepiej różnice te wyjaśniały proporcje mieszkańców białych i czarnych w danym stanie. Jedyne, czego nie wiadomo, to w jakim stopniu i czy w ogóle efekt ten wystąpi na skalę ogólnokrajową w przypadku Obamy 4 listopada. Ale to już bardziej ogólny problem przewidywania zachowań ludzkich. W ostatnich latach efekt Bradleya traci na sile, choć najnowsze badania Uniwersytetu Stanforda, AP i Yahoo News wskazują, że czarny kolor skóry może Obamę kosztować nawet 6 punktów procentowych.

Tomasz Płudowski
Tomasz Płudowski

Zdaję sobie sprawę, że w czasach gdy na okładkach tygodników opinii umieszczana jest Jolanta Rutowicz, niektórym czytelnikom różnice te mogą się wydawać niewielkie lub nieważne, ale chyba nie czytelnikom Polityki?

 

Tomasz Płudowski

 

Doktor Tomasz Płudowski, amerykanista, politolog. Ostatnio nakładem PWN i Collegium Civitas ukazała się jego monografia „Komunikacja polityczna w amerykańskich kampaniach wyborczych”.

 

Podobne:


PolitykaGlobalna.pl - portal o polityce międzynarodowej

Zapraszamy do nowego serwisu o polityce międzynarodowej - PolitykaGlobalna.pl

 

piątek, 31 października 2008
DAVID IVERSON: STAWKA TYCH WYBORÓW JEST NIEWIARYGODNIE WYSOKA

EWA DRYJAŃSKA: Jak ocenia Pan obecną kampanię na tle poprzednich?

DAVID IVERSON*: To zupełnie wyjątkowa kampania. Co prawda co cztery lata powtarza się, że obecne wybory są najważniejsze. Ale ta kampania jest inna przede wszystkim ze względu na jej uczestników. Mamy pierwszego Afroamerykanina ubiegającego się o prezydenturę i pierwszą Republikankę kandydującą na stanowisko wiceprezydenta. Także stawka tych wyborów jest niewiarygodnie wysoka. Wiele będzie zależało od przyszłego prezydenta. Przed światem stoją olbrzymie problemy takie jak zmiany klimatyczne czy globalne ocieplenie, a teraz znajdujemy się w wyjątkowym momencie, w którym jesteśmy jeszcze w stanie się z nimi zmierzyć. Jeśli nie zrobimy tego teraz, możemy nie być w stanie już nigdy tego zrobić. To szczególna kampania, a może okazać się historyczna, jeśli Barack Obama zostanie wybrany.

 
David Iverson
David Iverson

Jak według Pana kandydaci wypadli podczas debat telewizyjnych?

Obaj kandydaci zaprezentowali się inaczej. Obama był bardziej spokojny i wyważony. McCain wydawał się natomiast jakby rozgniewany i nieszczęśliwy. A Ameryka nie lubi nieszczęśliwych i złych kandydatów, więc myślę, że jest to dla McCaina problem, chociaż w moim przekonaniu podczas trzeciej debaty odwalił kawał dobrej roboty. Gdybym w sondażu opinii publicznej odpowiadał na pytanie: Kto według mnie wygrał debatę?, odpowiedziałbym – John McCain. Ale większość ludzi inaczej odebrało to wystąpienie.

Jak powinien zachowywać się kandydat podczas debaty, żeby zjednać sobie poparcie wyborców?

Ważne są dwie rzeczy. Pierwsza to zadbanie o to, żeby nie popełnić dużych błędów i być ostrożnym w trakcie wypowiedzi. Po drugie ważne jest, by zaprezentować się jako osoba, która zna codzienne problemy amerykańskich wyborców. Nie należy mówić w sposób nazbyt ogólny i wyabstrahowany. Kandydat musi wysławiać się w sposób, który łączy go z innymi ludźmi. Powinien także upewnić się, że skupia się na sprawach, które są dla ludzi ważne i których omawianie idzie mu najlepiej. Bystry kandydat potrafi w taki sposób odpowiedzieć na pytanie, że dotknie właśnie tych kwestii, które są ważne dla wyborców.

Jeremiah A. Wright
Pastor Jeremiah A. Wright

Czy sądzi Pan, że uprzedzenia rasowe i znajomość Obamy z pastorem Jeremiah Wrightem mogą odebrać mu szansę na prezydenturę?

Nie wydaje mi się, aby były to czynniki decydujące. Pytanie o związki Obamy z Wrightem jest całkiem zasadne. Pastor jest bardzo kontrowersyjną postacią, a Obama był członkiem jego kościoła przez dwadzieścia lat. Ale co mnie naprawdę uderzyło, to to, że ludzie nie chcą o tym słyszeć. Chcą raczej dowiedzieć się tego, czy kandydat poprawi ich życie. Czy pomoże im utrzymać się w pracy, zatrzymać dom czy zadbać o dzieci. Wszystkie inne rzeczy mogłyby być ważne w 2000 czy 2004 roku, ale nie teraz.

Sarah Palin i John McCain
Sarah Palin i John McCain

Czy wybór Sary Palin na kandydatkę na wiceprezydenta u boku Johna McCaina był dobrym posunięciem?

Rozumiem dlaczego McCain wybrał gubernatorkę z Alaski na swojego zastępcę. Przy Obamie – młodym Afroamerykaninie z umiejętnością przyciągania tłumów nie można było wybrać zwykłego kandydata. Sztab McCaina wybrał więc młodą nieznaną dotąd szerzej Republikankę, która miała zapewnić mu poparcie kobiet i wnieść świeżość do jego kampanii. Początkowo zdawało to egzamin. Palin wygłosiła bardzo dobre przemówienie na konwencji republikańskiej, ale na dłuższą metę ten wybór nie pomógł McCainowi. Jestem bardzo ciekawy co zrobi Sarah Palin, jeśli McCain przegra. Czy ma przyszłość jako ogólnonarodowy polityk i czy miałaby szanse w ubieganiu się o prezydenturę.

 

* David Iverson jest telewizyjnym dziennikarzem z ponad 30-letnim stażem. Prowadzi programy telewizyjne i jest autorem filmów dokumentalnych. W 2000 roku był producentem debaty wiceprezydenckiej.

 

Podobne:

 

PolitykaGlobalna.pl - portal o polityce międzynarodowej

Zapraszamy do nowego serwisu o polityce międzynarodowej - PolitykaGlobalna.pl

 

piątek, 10 października 2008
PRZEDE WSZYSTKIM GOSPODARKA - WYWIAD Z MARKIEM ROZELLEM (II)

MACIEJ JÓZEFOWICZ:  Czy sądzi Pan, że opieka zdrowotna również powinna być ważnym tematem kampanii?

MARK ROZELL: Zdecydowanie tak. Ale uważam, podobnie jak wiele osób, że zaskakującą cechą amerykańskiej debaty publicznej jest to, że chociaż Amerykanie są niezadowoleni z obecnego systemu opieki zdrowotnej oraz wyłączenia spod niego znacznej części społeczeństwa, sprawa ta nie odgrywa w kampaniach wyborczych takiej roli, jaką według wielu powinna. Nie jestem dokładnie pewny, dlaczego tak się dzieje, ale przyczyną może być to, że projekty narodowego systemu ochrony zdrowia przedstawiane przez niektórych kandydatów we wcześniejszych latach, były dla wyborców po prostu nie do zaakceptowania. Stąd pomimo dobrze znanych wad obecnych rozwiązań i wykluczenia spod systemu dużej liczby osób sprawa dalej jest rozgrywana w ten sam sposób.

Tekst jest kontynuacją wywiadu z profesorem Markiem Rozellem, którego pierwsza część ukazała się wczoraj.

Mark Rozell
Profesor Mark Rozell

Jakie inne zagadnienia poruszają wyborców?

Jeśli przyjrzymy się badaniom opinii publicznej, najbardziej znaczącą sprawą dla Amerykanów jest stan gospodarki. Na drugim miejscu, co nie jest zaskoczeniem, znajduje się wojna w Iraku, a na trzecim polityka energetyczna i wzrost kosztów życia. W dalszej kolejności wymieniane są edukacja, opieka zdrowotna i inne kwestie związane z polityką wewnętrzną, a także zagrożenie terroryzmem. Widać tu znów, że Amerykanie przy wyborze kandydata myślą przede wszystkim o własnym kraju. Oczywiście teraz, gdy prowadzimy wojnę, czynniki międzynarodowe wyjątkowo odgrywają ważną rolę. Zaangażowanie USA w Iraku i jego przyszłość to oczywiście pierwszoplanowa kwestia.

Skoro mówimy już o Iraku, kto ma większe szanse wykorzystać wojnę na swoją korzyść?

Więcej Amerykanów uważa, że politykiem bardziej kompetentnym w sprawach polityki zagranicznej, bezpieczeństwa narodowego i przygotowanym do roli naczelnego wodza jest McCain. Gdyby w badaniach opinii publicznej właśnie te zagadnienia zostały uznane za najważniejsze, to on byłby faworytem do zwycięstwa. Większa uwaga zwracana przez społeczeństwo na politykę wewnętrzną daje jednak przewagę Obamie.

Czy gdyby gospodarka nie była w tak złym stanie,  to McCain miałby większe szanse na zwycięstwo?

Można tak powiedzieć. Gdyby gospodarka radziła sobie dobrze i gdyby ludzie nie byli tak rozczarowani Bushem i Republikanami, McCain byłby postrzegany jako następca dobrze działającej administracji i kontynuator trafnej republikańskiej polityki. Tak się jednak nie dzieje. McCain startuje w warunkach silnej opozycji przeciw Partii Republikańskiej i jego kampania ma na celu pokazanie go jako polityka różniącego się od większości Republikanów. Chce siebie przedstawić bardziej jako kandydata niezależnego, korzystającego jedynie z poparcia Partii Republikańskiej, niż typowego Republikanina.

Mimo całej krytyki wojny w Iraku i ogólnie administracji Busha o wyniku wyborów zadecydują więc głównie kwestie gospodarcze, które są poza zasięgiem polityków?

Bez wątpienia można tak powiedzieć. Powtórzę, że między postrzeganiem ekonomii przez wyborców a rzeczywistością istnieje rozbieżność. Z jednej strony Amerykanie wierzą, że nasi przywódcy mają olbrzymi wpływ na stan gospodarki, z drugiej natomiast decydującą rolę odgrywa rynek. Rząd ma niewielkie możliwości oddziaływania na gospodarkę, może za to oddziaływać na psychologię wyborców. Jeśli ludzie wierzą swoim przywódcom, mogą być bardziej skłonni do inwestycji, ponieważ uważają, że kraj jest w bezpiecznych rękach. Nie mówię więc, że rząd w kwestiach gospodarczych nie odgrywa żadnej roli lub ma znaczenie minimalne, ale jego wpływ nie jest decydujący.

Podsumowując, zwycięzca będzie zawdzięczać wygraną gospodarce?

Bardziej niż czemukolwiek innemu. Chyba, że – nigdy nie można wykluczyć takiej możliwości – wybuchnie kolejny międzynarodowy kryzys. W wypadku poważnej destabilizacji sytuacji światowej Amerykanie według sondaży są bardziej skłonni uwierzyć, że kandydatem lepiej przygotowanym do obrony kraju jest McCain. Sytuacja może więc w dalszym ciągu obrócić się na korzyść Republikanów.

Dziękujemy bardzo za rozmowę.

 

Podobne:

czwartek, 09 października 2008
PRZEDE WSZYSTKIM GOSPODARKA - WYWIAD Z MARKIEM ROZELLEM (I)

Amerykański kryzys ekonomiczny w coraz większym stopniu kładzie się cieniem na kampanii prezydenckiej w USA. W jakim stopniu wpłynie on na wynik wyborów? Jakimi przesłankami będą kierowali się wyborcy czwartego listopada? - Między innymi te pytania skierowaliśmy do profesora polityki publicznej z George Mason University w Wirginii - Marka Rozella. Profesor specjalizuje się w badaniach nad władzą ustawodawczą i prezydenturą oraz na związkach między religią a polityką oraz mediami a polityką. Wśród jego publikacji znajdują się "Executive Privilege" (2002 r.) oraz "Power and Prudence: The Incremental Presidency of George H.W. Bush" (2003 r.) 

Mark Rozell
Profesor Mark Rozell

MACIEJ JÓZEFOWICZ: Jaki jest według Pana wpływ niedawnych wydarzeń na świecie na kampanię wyborczą? Chodzi mi szczególnie o kryzys na Kaukazie i słowa McCaina Teraz wszyscy jesteśmy Gruzinami? Czy w porównaniu z sytuacją przed wojną o Osetię polityka zagraniczna odegra większą rolę jako czynnik decydujący o zwycięstwie?

MARK ROZELL: Myślę, że wydarzenia w Gruzji uwypuklają znaczenie, jakie osoba prezydenta odgrywa w polityce zagranicznej i fakt, że kryzys nastąpił w trakcie sezonu wyborczego, przypuszczalnie skłonił wielu Amerykanów do poświęcenia większej uwagi roli prezydenta Stanów Zjednoczonych na świecie. Powinienem jednak również wspomnieć, że generalnie Amerykanie – zresztą myślę, że to samo tyczy się ludzi z innych krajów – przykładają zdecydowanie większą rolę do polityki krajowej. Badania wykazały, że rzeczą, która najsilniej wpływa na postrzeganie przez wyborców partii politycznych i kandydatów jest stan własnej gospodarki. Choć Gruzja wyciągnęła na światło dzienne wagę polityki zagranicznej i rolę prezydenta jako światowego przywódcy, to myślę jednak, że większość Amerykanów podejmie decyzję, na kogo głosować, uwzględniając głównie czynniki wewnętrzne.

Głównie gospodarkę?

Bardziej niż cokolwiek innego. Zwykle, jeśli gospodarka nie radzi sobie dobrze, Amerykanie odgrywają się za to na partii, która w tym momencie kontroluje Biały Dom. Niezależnie od tego, czy jest to słuszne, czy nie, wyborcy uznają, że to ugrupowanie ponosi odpowiedzialność za stan gospodarki. W związku z tym ten rok powinien być naprawdę dobry dla Partii Demokratycznej. Ale, co dla wielu jest zaskoczeniem, wyścig po prezydenturę ciągle jest w miarę wyrównany, nawet jeśli wskaźniki gospodarcze sugerują łatwe zwycięstwo Demokratów.

Myśli Pan więc, że wyborcy w kwestiach gospodarczych są bardziej skłonni uwierzyć Obamie?

Tak uważam. Ponieważ gospodarka znajduje się w tak fatalnym stanie, Amerykanie, zgodnie z sondażami, przeważnie obarczają za to winą politykę administracji Busha i Partii Republikańskiej. Stąd więcej osób zapewne weźmie pod uwagę alternatywne rozwiązania promowane przez Demokratów. Artykułowana przez Baracka Obamę retoryka zmiany oznacza dla wielu po prostu wydobycie Stanów Zjednoczonych z ekonomicznego bagna, w jakim się znalazły.

Czy Obama zaproponował już konkretne rozwiązania?

W tym problem. Kandydaci mogą w trakcie kampanii mówić, co chcieliby zmienić albo składać obietnice, co chcieliby osiągnąć w gospodarce, ale w rzeczywistości amerykańską ekonomią rządzi wolny rynek, gdzie decyzje milionów konsumentów mają większe znaczenie niż działania rządu. Myślę, że występuje tutaj poważna rozbieżność – Amerykanie spodziewają się, że rząd sprawuje w pewnym stopniu kontrolę nad ekonomią i jest odpowiedzialny za kierunek jej rozwoju, podczas gdy jest to po prostu nieprawda. Siły rynku i decyzje zwykłych ludzi mają większy wpływ na gospodarkę niż cokolwiek innego.

W takim razie, wbrew przekonaniu wielu, nawet Obama nie może uratować gospodarki?

Nie, Obama nie może uratować gospodarki. Uważam, że ludzie powinni zachować ostrożność, jeśli chodzi o ich oczekiwania względem kandydatów. Jak powtarzałem w trakcie tej kampanii, Obama jest przedmiotem bardzo wygórowanych wyobrażeń dotyczących tego, co, jeśli zostanie wybrany, zrobi na arenie międzynarodowej lub w sferze gospodarczej. W rzeczywistości natomiast sprawowanie władzy w 2009 r. będzie naprawdę ciężkie. Oprócz bardzo trudnych zagadnień w polityce zagranicznej, z którymi następny prezydent będzie musiał się uporać, amerykańska gospodarka zdecydowanie nie radzi sobie dobrze. Jeden człowiek, mimo potęgi swojego urzędu, nie może w jednej chwili rozwiązać tych wszystkich problemów.

Czy to oznacza, że przyszłemu prezydentowi trudno będzie utrzymać poparcie?

Dokładnie o to chodzi. Wielu badaczy urzędu prezydenckiego uważa, że prezydent powinien maksymalnie wykorzystać coś, co nazywamy miesiącem miodowym. Jak w małżeństwie, pierwsze miesiące prezydentury są czasem, w którym wszyscy są ze sobą szczęśliwi, a punkty sporne jeszcze nie zdążyły się ujawnić. Jest to dla prezydenta sposobnością, żeby spróbować skorzystać ze swojej władzy i wprowadzić w życie własne zamierzenia, ponieważ ani Kongres, ani opinia publiczna nie będą stawiać wielkiego oporu. Ale z czasem decyzje podejmowane przez prezydenta będą nieuchronnie alienować pewne grupy społeczeństwa. W związku z tym będzie on stopniowo tracił poparcie, niezależnie od tego, czy będzie to Obama czy McCain.

 

Zapraszamy do przeczytania drugiej części wywiadu, która ukaże się jutro.

 

Podobne:

 

poniedziałek, 21 lipca 2008
WOJNY KLONÓW

Noam Chomsky – najczęściej cytowany żyjący intelektualista – jest jednym z najbardziej wpływowych myślicieli amerykańskich. Jego wpływ jest z pewnością dużo większy w Europie niż w Stanach Zjednoczonych, w których kojarzony jest z lewicowym ruchem demokratycznym.

W wypowiedziach z ostatnich miesięcy Chomsky stawia tezę, że wyścig między Obamą a McCainem to w zasadzie wyścig między klonami Clintona i Busha. Według emerytowanego profesora Massachusetts Institute of Technology Hillary przegrała walkę o nominację właśnie dlatego, że w mniejszym niż Obama stopniu przypominała swego męża.

Noam Chomsky o Baracku Obamie

Jakiś czas temu pisałem o zbieżności programowej demokratycznych kandydatów. Chomsky – którego kolejna książka, Interwencje, wyszła właśnie w naszym kraju – od lat promuje tezę, że w Stanach Zjednoczonych mamy do czynienia z systemem monopartyjnym, w ramach którego dochodzi do starcia dwóch frakcji jednej partii. Widać to szczególnie w przypadku amerykańskich interwencji zbrojnych na całym świecie. Począwszy od Wietnamu, skończywszy na Iraku zawsze mamy do czynienia z dwoma, zbliżonymi do siebie stanowiskami wyrażanymi przez Republikanów i Demokratów. Tych pierwszych można określić mianem jastrzębi, drugich zaś mianem gołębi.

Jastrzębie w przypadku wszystkich wojen prowadzonych przy udziale armii amerykańskiej nawołują do zwiększania zaangażowania, a wszelkie porażki przypisują niezdecydowaniu w działaniach, czy też wewnętrznej opozycji w kraju (co ciekawe w czasie protestów przeciwko wojnie w Wietnamie w latach 60-tych, jednym z poważnych argumentów przeciwko wysyłaniu dodatkowych oddziałów zagranicę była obawa administracji przed eskalacją zamieszek w kraju i ewentualną potrzebą ich zdławienia).

Gołębie zaś wcale nie przeciwstawiają się wojnie jako takiej. Twierdzą jedynie, że zaangażowanie się było taktycznym błędem, czy też wojna była z góry skazana na porażkę. Wystarczy przypomnieć, że podczas decydowania w sprawie inwazji w Iraku Demokraci – z Obamą włącznie – poparli projekt. Dopiero, gdy liczba ofiar zaczęła rosnąć, a wraz z nią budżet Pentagonu (w lipcowym numerze polskiej edycji Le Monde diplomatique Tom Engelhardt podaje, iż na 2009 rok Pentagon zażądał 536 mld dolarów – co daje wzrost o 70% w stosunku do 2001 roku) gołębie zmieniają powoli swoje stanowisko i przyznają się do owego taktycznego błędu. Nie znaczy to jednak, że negują interwencje zagraniczne jako takie. Fundamentalna różnica w podejściu do polityki zagranicznej obu frakcji nie istnieje.

 
 
dr Jakub Osina

Autor rozprawy doktorskiej na temat filozofii społecznej i politycznej Noama Chomsky’ego.

 
1 , 2 , 3

O NAS

Kontakt/Współpraca


Creative Commons License
Teksty są dostępne
na licencji Creative Commons
Uznanie autorstwa 2.5 Polska
.

Tłumacz z nami
WE the Media (2004) -
słynny manifest dziennikarstwa obywatelskiego Dana Gillmora.
Maciej Lewandowski






Powered By
widgetmate.com
Sponsored By
Digital Camera