USA 2008 - wybory prezydenckie w Ameryce. Demokraci i Republikanie. Kandydaci: Barack Obama i John McCain. Informacje, analizy, newsy. Kampania, prawybory, wybory w Ameryce.
czwartek, 22 stycznia 2009
UNIKNĄĆ ROZCZAROWANIA

Barack Obama oficjalnie zostałprezydentem Stanów Zjednoczonych. Przedwczoraj złożył prezydencką przysięgę i odwiedził kilka bali zorganizowanych na jego cześć. Od dziś nie ma już starego Baracka Obamy. Jest prezydent Obama. Można by rzec - wreszcie.

Dawno żaden prezydent nie obejmował urzędu z tak ogromnym kapitałem politycznym oraz kapitałem zaufania opinii publicznej. Dawno żaden polityk nie budził w kraju i na świecie tak wielkiego entuzjazmu i zainteresowania. Chyba żaden amerykański prezydent w historii nie wzbudzał tak wielkich oczekiwań i nadziei. Młody senator z Chicago wyrósł na gwiazdę swojej partii w roku 2004, a już cztery lata później zdobył jej nominację i wygrał wybory prezydenckie.

Błyskotliwa kariera była możliwa tylko dzięki wielkiej charyzmie oraz rzadkiej umiejętności dobierania sobie świetnych współpracowników - osób kreatywnych, zdolnych i często mądrzejszych od siebie. Obama zachwycił opinię publiczną w Stanach, a media oszalały na jego punkcie. Chwilę później fala obamamanii rozlała się po świecie. W pewnym momencie można było odnieść wrażenie, co celnie zauważył republikański konkurent Obamy-  produkując stosowną reklamówkę telewizyjną - że Obama jest bardziej celebrytą, niż politykiem. Zachwytom mediów nad Obamą nie było końca i nawet głoszący antyamerykańskie hasła pastor Wright nie okazał się kłopotliwym problemem.

Barack Obama
Przedwczorajsza inauguracja była imponująca. Jak zwykle Obama wygłosił  dobre przemówienie. Mnie szczególnie zapadło w pamięć dość banalne stwierdzenie, które w obecnych realiach jest jednak wyjątkowo celne i ważne - Wielkość nie jest dana. Na wielkość trzeba zapracować. Amerykanów i prezydenta Obamę czeka długa i ciężka praca, żeby wyprowadzić kraj na prostą. Festiwal złych lub fatalnych informacji o gospodarce nie chce się skończyć - indeksy giełdowe tracą, produkcja spada, miliony Amerykanów zwolniono z pracy, wielu z nich straciło domy.
 
Oczekiwania wewnętrzne są ogromne, a zagraniczne niewiele mniejsze. Niektórzy chyba naprawdę uwierzyli w to, że Obama zbawi świat, że rozwiąże problemy, które od lat nie mogą zostać rozwiązane. Kapitał polityczny nowy prezydent ma tak wielki, jak nikt w historii. Skala wyzwań jest wręcz przytłaczająca. Obama nie będzie mógł być wszędzie i nie będzie mógł zajmować się wszystkim. Nie starczy mu na to sił, środków i ludzi. Oczywiste jest, że cała masa spraw zejdzie na dalszy plan, a część zostanie odłożona adcalendas graecas.

Tytułowe rozczarowanie może pojawić się bardzo szybko, a kapitał, którym dysponuje Obama, może zmniejszyć się w tempie, w jakim amerykańskie banki traciły na wartości w ostatnich miesiącach. Prezydent, wówczas jeszcze elekt, tonował nadzieje i przebąkiwał o tym, że nie ma mocy cudotwórczych. Już wiemy, że Guantanamo nie zostanie zamknięte błyskawicznie, a wycofanie wojsk z Iraku może zająć więcej niż 16 miesięcy. Już w listopadzie bardziej lewicowo nastawieni Demokraci nie kryli, że słowa i nominacje do administracji Obamy są dla nich zawodem.

Aby uzdrowić gospodarkę Obama będzie musiał prezentować się jako centrysta i pragmatyk. Albo pozwoli mu to zebrać szerokie poparcie w Kongresie i zrealizować program naprawczy, albo zostanie zepchnięty do defensywy przez jastrzębi z obu wrogich sobie obozów. Obama musi reprezentować milczącą większość i nie dać zepchnąć się lewicowym bądź prawicowym radykałom do narożnika. Siedzący na barykadzie zawsze obrywają podwójnie, ale tak właśnie musi zachowywać się nowy prezydent. A nie będzie łatwo, bo jego własna partia może stać się szybko jego największym problemem. Powściągnięcie apetytów powiększonej w ostatnich wyborach demokratycznej większości może okazać się większym wyzwaniem od przekonania części Republikanów do poparcia poszczególnych inicjatyw.

Bałagan w kraju, sporo wyzwań za granicą. Obama nie będzie miał komfortu w postaci możliwości skupienia się na własnym podwórku. Entuzjazm, jaki wzbudził w świecie powinien być wykorzystany nie tylko do poprawy wizerunku Ameryki, ale przede wszystkim do załatwienia konkretnych problemów. Lista jest długa: Izrael i Palestyna, Iran, Irak, Afganistan, Pakistan i Indie, Rosja etc. Można spodziewać się aktywniejszej polityki i większego zaangażowania w sprawy Afryki, zostawionej przez Busha Chińczykom. Warto, gdyby nowy prezydent skupił więcej uwagi na Ameryce Łacińskiej, poprawił relacje z kluczowymi krajami regionu i mocniej wsparł walkę Meksyku z gangami narkotykowymi.

Wielki entuzjazm, wielkie oczekiwania i nadzieje, wielkie wyzwania i wielka praca do wykonania. Barack Obama będzie musiał się bardzo starać, żeby nie powstało wielkie rozczarowanie. I należy mu życzyć sukcesu, gdyż konsekwencje rozczarowania jego prezydenturą mogą być poważne. Dlatego dzisiaj za Obamę kciuki ściskają w Pekinie, w Moskwie, w Jerozolimie i Ramallah, w Brukseli, w Londynie, w Mexico City, w Nairobi i wielu innych stolicach, może nawet w Teheranie.

Piotr Wołejko
autor Dyplomacji - blogu o polityce międzynarodowej
 
Blog Roku 2008

 
wtorek, 20 stycznia 2009
OBAMA I ATEIŚCI
Podobnie jak w roku 2001 i 2005 z okazji zbliżającego się zaprzysiężenia Michael Newdow, prawnik z Kalifornii, wspomagany przez Amerykańskie Stowarzyszenie Humanistów złożył pozew do sądu w Waszyngtonie domagając się, aby prezydent zrezygnował z wypowiedzenia frazy Tak mi dopomóż Bóg składając przysięgę.
 
Ateiści za Obamą

Zdaniem ateistów stosowanie tego zwrotu promuje pogląd, że Bóg istnieje. Pozwani zostali wszyscy zaangażowani w ceremonię składania przysięgi, czyli przewodniczący Sądu Najwyższego John Roberts, odbierający przysięgę, a także Prezydencki Komitet Inauguracyjny, Wspólny Komitet Kongresu ds. Inauguracji oraz Komitet Inauguracyjny Sił Zbrojnych.

Mimo, że sam składający pozew wątpi, aby udało mu się go przepchnąć w sądzie, to jednak wypada zauważyć, że Obama był kandydatem, na którego zagłosowała zdecydowana większość amerykańskich ateistów i racjonalistów. Zorganizowali się oni nawet w ruchu społecznym Atheists for Obama. Dlaczego? No cóż. Obama nie jest i nie był nigdy ateistą, jednak w porównaniu z większością swoich poprzedników jego postawa wobec religii jest bardzo zdrowo pozbawiona wszelkiego fanatyzmu. Wielu głosując na niego liczyło, że rozpocznie on przemianę Ameryki w stronę większego poszanowania alternatywnych niż chrześcijański punktów widzenia.

Czy tak się stanie czas pokaże, na pewno nie należy się spodziewać zmian rewolucyjnych. To co jest najważniejsze to fakt, iż wraz z wyborem Obamy wpływ na rząd utracili fanatycy wspierający Busha. Może mieć to mocne przełożenie np. na sprawy bliskowschodnie i decyzje w kwestiach społecznych, gdyż ewangelikanie zawsze stanowili najważniejszą grupę wspierającą bezwarunkowo Izrael w USA i np. politykę antyaborcyjną.

Poglądy Obamy na sprawy wiary pokazuje poniższy film nakręcony podczas jednego z wyborczych wystąpień:

 
 
 Paweł Adamiec
 
 
Blog roku 2008

poniedziałek, 19 stycznia 2009
ZMIANA = DYPLOMACJA

Dziś kolejny dzień niepokojów na Bliskim Wschodzie, kolejny dzień, kiedy Hamas wali rakietami w izraelskich cywili (i właściwie tylko cywili - praktycznie nie zdarza się, aby rakiety spadały na cele wojskowe), kolejny dzień, kiedy trwa w najlepsze izraelska ofensywa na Strefę Gazy i kiedy obok bojowników w sposób nieunikniony giną palestyńscy cywile (bo jak ich od siebie odróżnić?).

W tej sytuacji wielu domaga się, o czym niedawno pisał Maciej Lewandowski, aby prezydent elekt zajmował jasne stanowisko w sprawie konfliktu. Ba! Więcej nawet, wielu już oskarża Obamę o kontynuowanie polityki bushowskiej stwierdzając, że prawdziwym krokiem w stronę pokoju byłoby utworzenie niepodległego państwa palestyńskiego. Cóż na to Obama? Zachowuje rozsądek, którego wielu już dawno zabrakło.

Bombardowanie Gazy
Bombardowanie Gazy. Zjęcie autorstwa telewizji Al-Jazeera

Jako prezydent przyszły, nie zaś urzędujący, umiejętnie unika wymachiwania szabelką w którąkolwiek stronę. Już teraz zaczyna realizować politykę, o której mówił w kampanii wyborczej, a która sprowadza się do unikania niepotrzebnego angażowania USA na świecie.

Nikt kto zajmuje się polityką bliskowschodnią nie ma wątpliwości, że trwały pokój w regionie będzie mógł być zapewniony tylko w takiej sytuacji, w której będzie to na rękę zarówno Izraelowi jak i USA. Problem polega na tym, że obecny kryzys  oraz  okres, w którym  dokonuje się przekazanie władzy w Ameryce nie sprzyja rozmowom pokojowym. Rząd izraelski nie miał wyjścia – musiał odpowiedzieć na nasilające się ataki, aby uniknąć silnych protestów własnej opinii publicznej.

Izrael przygotowuje się do wyborów. Ale operacja kierowana przez rząd nie jest na tyle skuteczna, by mogła zdobyć dla niego pożądaną liczbę głosów. Z drugiej strony USA pogrążone są w kryzysie. Zapowiadają ograniczenie rozpasanej polityki zagranicznej, ponieważ w przeciwnym wypadku groziłoby to całkowitą zapaścią gospodarczą. Zarówno strona izraelska jak i palestyńska zdaje sobie z tego wszystkiego sprawę. Hamas nie bez przyczyny rozpoczął wzmożone ataki na Izrael właśnie teraz, gdy szykuje się zmiana warty w Białym Domu. Możliwe, że Izrael zareagowałby inaczej, gdyby Obama był już urzędującym prezydentem, jednak na razie trwa era George’a W. Busha, który za ewangelikańsko-żydowskim lobby stoi murem. W końcu to tym ludziom zawdzięcza to, że utrzymał się w Białym Domu do tej pory.

Nikt jeszcze nie wie, co przyniosą nowe rządy i właśnie ta niepewność popycha obie strony do działania. Hamas może liczyć na to, że nowa administracja będzie z nim rozmawiać nawet wtedy, gdy będzie prowadził politykę agresywną. Izrael wie, że USA są jedynym państwem na świecie, z którym musi się bezwzględnie liczyć, dlatego szybkim i zdecydowanym atakiem będzie dążył do zakończenia całej operacji przed nominacją nowego prezydenta.

Jakie zmiany zapowiada przyszły prezydent? Przede wszystkim wiadomo, że Obama zamierza stawiać na dyplomację i prawdę mówiąc po rządach Busha trudno nie uznać tego za poważną zmianę. Już teraz mówi się o tym, że najprawdopodobniej szybko dojdzie do rozmów z Iranem, co nie oznacza bynajmniej, że USA przestały uznawać ten kraj za państwo niebezpieczne dla światowego pokoju. Podobnie rzecz ma się z Hamasem. Polityka izolacji prowadzona przez Zachód właściwie nie wniosła nic konstruktywnego do procesu pokojowego - obecny konflikt dobitnie o tym świadczy. Najpewniej te rozmowy będą prowadzone zakulisowo, ponieważ Hamas znajduje się na liście organizacji terrorystycznych Departamentu Stanu USA. W praktyce mediacja i rola Obamy może wyglądać podobnie jak niegdysiejsza rola Clintona w rozmowach między IRA a Wielką Brytanią. Tamtejszy konflikt pokazał, jak wiele można osiągnąć, gdy obie strony rzeczywiście chcą porozumienia.

To, co może wywołać niepokój to nie bliskowschodnia polityka Obamy, ale  jego do tej pory nieokreślone stanowisko wobec planów budowy tarczy antyrakietowej. Nie mam tu na myśli jedynie Polski. Polska jest tu raczej problemem drugorzędnym. Prawdziwym szczytem odwagi/głupoty byłoby przyzwolenie z jego strony na instalację elementów tarczy w Indiach, co miałoby skutki dużo bardziej dramatyczne niż tarcza w naszym kraju. O ile instalacja w Polsce mocno działałaby na nerwy Rosji i zaburzyła równowagę geostrategiczną w rejonie stabilnej Europy, o tyle budowa tarczy w Indiach oznaczałaby bardzo konkretną zmianę jakościową w układzie równowagi geostrategicznej między Indiami i Pakistanem. To mogłoby być wprost zachętą dla Indii do podejmowania dużo bardziej zdecydowanych działań militarnych wobec Pakistanu. Obecna równowaga regionalna to w znacznej mierze równowaga strachu, ale trzeba brać pod uwagę to, że Indie i tak mają już sporą przewagę nad Pakistanem, jeśli chodzi o potencjał nuklearny. Po wybudowaniu tarczy uzyskałyby przewagę bezwzględną.

Wypada mieć nadzieję, że Obama idąc ścieżką dyplomacji zwinie całkowicie bushowskie plany budowy tarczy antyrakietowej gdziekolwiek miałaby ona powstać. Jest to uzasadnione zarówno ekonomicznie jak i politycznie nie mówiąc o tym, że skuteczność tarczy też nie jest do końca pewna.

Paweł Adamiec
 
blog roku

piątek, 19 grudnia 2008
PARTIA REPUBLIKAŃSKA: I’LL BE BACK!

Półtora miesiąca temu Republikanie byli upokorzeni. Przytłaczające zwycięstwo Obamy okraszone takimi rodzynkami jak proces i przegrana partyjnego weterana, senatora z Alaski Teda Stevensa, wydawało się oznaczać zmierzch dla partii skompromitowanej 8 latami rządów Busha i dopuszczeniem do załamania gospodarczego. Od tego czasu GOP nabrała jednak wiatru w żagle 

Druga tura wyborów do Senatu w Georgii zakończyła się ostatecznie zwycięstwem polityka republikańskiego, przez co Demokraci mogą pożegnać się z marzeniami o „superwiększości” 60 miejsc. Podobnie w opóźnionych z uwagi na huragan Gustav wyborach do Izby Reprezentantów w Luizjanie kandydat Republikanów wygrał niespodziewanie w uważanym za demokratyczny bastion drugim okręgu wyborczym. Wreszcie afera związana z handlowaniem miejscem pozostawionym przez Obamę w Senacie i aresztowanie gubernatora Illinois, Roda Blagojevicha, może uderzyć rykoszetem w nowego prezydenta, który pochodzi z uznawanego za symbol skorumpowania środowiska politycznego Chicago. Dzięki tym szczęśliwym wypadkom partia Lincolna i Reagana może przyjąć za swoje motto cytat wypowiadany w pewnym filmie przez jednego z jej obecnie czynnych polityków.

Nowe motto Republikanów... 

Partia działająca przez 150 lat w głównym nurcie amerykańskiej polityki nie może zniknąć ot tak sobie. Ma zbyt potężne zaplecze, zbyt wielu zarejestrowanych członków, a przede wszystkim nie ogranicza się do jednej nieudanej ideologii. Oba główne ugrupowania w USA to kameleony, zmieniające poglądy polityczne i wynikające z nich konkretne propozycje programowe w zależności od uwarunkowańkonkretnej epoki. Republikanie stawiali już na walkę z niewolnictwem w czasach Lincolna, wspieranie wielkiego biznesu w latach 20 i obronę konserwatywnych wartości za Reagana. Kiedyś ich twierdzą była Północ, dziś Południe. Za czasów Nixona w sprawach międzynarodowych stosowali kissingerowską Realpolitik, paktując z komunistycznymi Chinami. Za czasów Busha polityka zagraniczna przybrała oblicze ideologiczne, będące wcześniej specjalnością Cartera i Brzezińskiego. Obecna sytuacja nie oznacza więc upadku GOP jako całości, a jedynie koniec pewnej epoki w jej dziejach. Epoki, w której dominującą ideologią był neokonserwatyzm, pod powierzchownym mesjanizmem kryjący niejasne powiązania między polityką a wielkimi koncernami naftowymi i zbrojeniowymi. Ponieważ wykorzystanie administracji Busha do wypracowania zysków tych korporacji nie wyszło partii na dobre, poglądy spod znaku Dicka Cheneya czy Paula Wolfowitza na długo zejdą na daleki plan.

...i jego bardziej swojska wersja ;) 

Jak będą wyglądać nowi Republikanie? Na pewno będą chcieli porzucić, a przynajmniej ukryć cechy, które przyczyniły się do ich wyborczej porażki w listopadzie. Biorąc pod uwagę obecną sytuację gospodarczą, można się spodziewać zerwania z preferencyjnym traktowaniem wielkich korporacji, postrzeganych teraz przez Amerykanów jako największe zło.  Republikanie mogą więc pójść w stronę liberalnego populizmu, kreując się na strażników kieszeni przeciętnego obywatela. Będzie to tym bardziej prawdopodobne, jeśli interwencjonizm stosowany przez ekipę Obamy nie zażegna kryzysu.

W polityce zagranicznej GOP może powrócić do idei izolacjonizmu, szczególnie jeśli Obama spełni swoje obietnice dotyczące zmiany stylu działania USA na arenie międzynarodowej. Pójście przez Stany Zjednoczone w stronę multilateralizmu i współpracy w ramach globalnego „koncertu mocarstw” z Unią Europejską lub Chinami może być przedstawiane przez Republikanów jako rezygnacja z roli supermocarstwa. Temu podejściu może również sprzyjać przedłużanie się kryzysu gospodarczego – politycy republikańscy mogą, chcąc zdobyć poparcie zwykłych Amerykanów, tłumaczyć trudną sytuację ekonomiczną zbytnim otwarciem USA na inne rynki.

Jindal i wyborcy 

Bobby Jindal (z lewej) ściskający dłonie wyborcom. Źródło: www.sepiamutiny.com 

Jeśli chodzi o strategię postępowania samej partii, będzie ona zapewne uwzględniać w większym stopniu działania lokalne. Republikanie potrzebują tego, by zerwać z wizerunkiem partii wielkiego biznesu i udowodnić, że mogą działać również dla dobra zwykłych Amerykanów. Wzorem ku temu mogą być poczynania wysoko ocenianych gubernatorów: Bobby’ego Jindala z Luizjany czy Ricka Perry’ego z Teksasu. Stąd partia powinna zwrócić uwagę na pozornie apolityczne wybory na najniższych szczeblach, gdzie decyzje podejmowane przez wybranych funkcjonariuszy będą odczuwane bezpośrednio przez obywateli. Udane rządy republikańskiego burmistrza czy rady miasta mogą przekonać wyborców, że GOP zasługuje na powierzenie jej władzy również na wyższym poziomie. Co ważne, ten sposób działania może zwiększyć popularność Republikanów w silnie demokratycznych obszarach miejskich i przedmiejskich. To właśnie suburbia i eksurbia zdecydowały, że prezydentem został Obama.  

Ron Paul Revolution 

Czy będzie to wzór dla przyszłych kampanii republikańskich? 

Partia zapewne oprze się też w większym stopniu na nowych sposobach komunikacji z wyborcami, idąc za przykładem sukcesu Obamy. Sztab McCaina również starał się być widoczny w takich miejscach jak Facebook czy YouTube, ale w porównaniu z wykorzystaniem nowych mediów przez Demokratów były to działania spóźnione o lata świetlne. Teraz Republikanie powinni w większym stopniu oprzeć się na oddolnym zaangażowaniu ich sympatyków i sieciach społecznościowych tworzących się w Internecie. Może dobrym wzorem będzie kampania Rona Paula?

Biorąc to wszystko pod uwagę, Partia Republikańska wcale nie stoi na straconej pozycji, jeśli chodzi o najbliższe lata. Tym bardziej, że prędzej czy później Barack Obama będzie tracił poparcie, a na horyzoncie czają się politycy, którzy są w stanie poprowadzić Republikanów do nowych zwycięstw. O ludziach, dzięki których Republikanie mogą powalczyć o Kongres w 2010 r. i Biały Dom w 2012 r. już niedługo.

Maciej Józefowicz

środa, 12 listopada 2008
JOHN MCCAIN - SKAZANY NA KLĘSKĘ (II)
Gwoździem do trumny było dla McCaina załamanie na rynkach finansowych na kilka tygodni przed wyborami. Ekonomia zdominowała wtedy już zupełnie debatę wyborczą, a to był właśnie teren na którym Obamie najłatwiej było McCaina atakować pokazując jego uwikłanie (90% zgodnych głosowań) w politykę administracji George'a W. Busha i przypisywać mu grzechy 8-letnich rządów Republikanów. O kompletnym fiasku tej części kampanii, które zdecydowało o wizerunku McCaina jako człowieka nie radzącego sobie z trudnościami i nie potrafiącego działać na wielu frontach jednocześnie, przesądziła jego reakcja na kryzys.
 
 
John McCain i George W. Bush
John McCain i George W. Bush
 
McCain jednego dnia  utrzymywał, że podstawy amerykańskiej ekonomii są solidne, drugiego żądał dymisji wysokiego urzędnika państwowego, jako kozła ofiarnego (co było i tak niemożliwe ze względów formalnych), trzeciego zawiesił kampanię wyborczą odwołując pierwszą debatę telewizyjną i poleciał do Waszyngtonu, by... nie powiedzieć ani słowa na temat sposobów rozwiązania kryzysu ekonomicznego (na spotkaniu liderów Partii Demokratycznej i Republikańskiej zwołanym z inicjatywy prezydenta George'a W. Busha), czwartego wziął udział w debacie telewizyjnej dostając tęgie  baty, a piątego zagłosował za wyciągnięciem setek miliardów dolarów z kieszeni podatników i wpompowaniem ich do prywatnych banków i instytucji finansowych, by po chwili oskarżać swego oponenta, iż jest socjalistą. Nic dziwnego, że McCain nie mógł liczyć na aplauz.

Bardzo ważną, choć zupełnie niezauważoną w polskich mediach (autocenzura? niewiedza?)  przyczyną porażki McCaina była postawa 54% katolików, którzy wbrew  nawoływaniom biskupów  oddali głos na  Obamę  (Thomas J. Reese, Catholics go for Obama). Miało to bardzo duże znaczenie, gdyż  katolicy stanowią zwykle około 25% głosujących, a co najważniejsze zamieszkują te stany, ktore były kluczowe (swing states) dla ostatecznego zwycięstwa. Mowa o białych katolikach w Ohio i Pensylwanii, latynoskich  w Kolorado, Nowym Meksyku, Nevadzie, afroamerykańskich na Florydzie. We wszystkich tych stanach wygrał Barack Obama.
 
Powód dla którego amerykańscy katolicy tak licznie poparli demokratycznego kandydata wyjaśnił biskup archdiecezji Los Angeles, Gabino Zavala w wywiadzie dla The New Republic: Nie jesteśmy kościołem jednego problemu: aborcji. Każdy przypadek aborcji jest ludzkim dramatem. Dramatem, który nie powinien się zdarzyć. Podejmując decyzję jako wyborcy musimy jednak brać pod uwagę różne inne problemy, które dotykają ludzi, takie jak rasizm, tortury, imigracja, wojna, opieka zdrowotna, podatki, ubóstwo - które najbardziej dotyka ludzi starszych, dzieci z biednych rodzin, samotne matki. Nie da się zbudować kultury życia, jeśli nie widzi się go we wszystkich jego przejawach. Ta wypowiedź jest echem stanowiska biskupów amerykańskich zawartego w  wydanym w 2007 roku  Forming Conscience for Faithful Citizenship.
 
Barack Obama z roześmianą dziewczynką

Świetnie ten punkt widzenia amerykańskich postępowych katolików ilustrują ich strony w internecie: choćby ProLifeProObama czy CatholicDemocrats.  Dowodzą one, że katolicy amerykańscy widzą życie takim, jakim realnie jest i reagując na to co ono niesie  kierują się rozumem, zdrowym rozsądkiem oraz wszystkimi przykazaniami Dekalogu. Nie tak, jak wielu polskich katolików, dla których Dekalog to tylko nie zabijaj (płodów), a katolicyzm redukowalny jest do kwestii aborcji.
 
Tak na marginesie, warto w tym miejscu zestawić ze sobą palinizm i kaczyzm, przyglądając się uważniej oświadczeniu wygłoszonemu przez posła PiS Artura Górskiego na temat  wyboru Baracka Obamy na 44 prezydenta USA. To oświadczenie jest swoistym manifestem ideowym kaczyzmu, czy szerzej polskiej religijnej, nacjonalistycznej prawicy).
 
Powodów, dla których John Mccain musiał przegrać wyścig do Białego Domu jest rzecz jasna więcej. Dla 21% wyborców był on za stary na prezydenta (Pew Research Center). Nie miał również tak świetnych strategów jak David Axelorod i David Plouffe, którzy poprowadzili kampanię wyborczą Obamy po mistrzowsku, nie popełniając żadnych większych błędów (a trzeba pamiętać, iż mieli bardzo trudne zadanie, gdyż czarny Obama miał za przeciwniczki trzy białe kobiety: Hillary Clinton, Sarę Palin oraz żonę Johna McCaina, Cindy). Maszyna wyborcza Obamy była technologicznie (internet!) o kilka klas lepsza, co między innymi przyczyniło się do mobilizacji młodego elektoratu i zgromadzenia potężnych funduszy (3 miliony ofiarodawców, przy średniej wpłacie poniżej 200 dolarów).
 
Barack Obama - progress

John McCain musiał przegrać jednak przede wszystkim dlatego, gdyż przesłanie Baracka Obamy - change, hope, unity, progress -  idealnie wpasowało się w moment historyczny, a on sam był jego idealnym  wyrazicielem, stając się naturalnym kandydatem Ameryki przyszłości. Przede wszystkim zaś Obama był kandydatem ludzi młodych, inteligencji oraz Latynosów. Udział w wyborach tych dużych grup wyborców zdecydował o wygranej Obamy. Marnie wróży to przyszłości palinizmu, gdyż to właśnie  te grupy będą dominować na scenie politycznej USA przez najbliższe dekady. Za to świetnie wróży to Ameryce. Na szczęście.


Mr Off, Nowy Jork
imię i nazwisko znane redakcji
 
 

 

Przeczytaj także:


 

PolitykaGlobalna.pl - portal o polityce międzynarodowej

Zapraszamy do nowego serwisu o polityce międzynarodowej - PolitykaGlobalna.pl

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11

O NAS

Kontakt/Współpraca


Creative Commons License
Teksty są dostępne
na licencji Creative Commons
Uznanie autorstwa 2.5 Polska
.

Tłumacz z nami
WE the Media (2004) -
słynny manifest dziennikarstwa obywatelskiego Dana Gillmora.
Maciej Lewandowski






Powered By
widgetmate.com
Sponsored By
Digital Camera